A wszystko to za sprawą porozumienia jakie zawarły między sobą Inspekcja Transportu Drogowego i Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej. Przyznaję bez bicia, że jest to pierwszy od paru lat pomysł naszych włodarzy umiłowanych, który mi się podoba, i do którego nie mam nawet ochoty się przyczepić. Wolałbym oczywiście likwidację immunitetów (nie tylko parlamentarnych), ale na to raczej szans nie ma ani dziś, ani w przyszłości – posłowie sami sobie przywileju świętokrówstwa przecież nie odbiorą.
Zostawmy jednak immunitety i wróćmy do mandatów. Mam dziwną obawę, że za parę miesięcy (i to raczej prędzej niż później) połowa polskich parlamentarzystów pożegna się z immunitetami. A na wielu z nich tuż za rogiem czai się prokurator mający wielką ochotę przedstawić im zarzuty znacznie poważniejsze niż wyprzedzanie na trzeciego, jazda bez pasów czy szaleńczy pęd zarejestrowany w ukrytej kamerze fotoradaru. Możemy zatem spodziewać się, że osobowy skład parlamentu zmieni się znacznie jeszcze przed końcem kadencji. Co do sejmu to nadziei nie ma wielkiej, ordynacja wyborcza jest taka, że układ partyjny się nie zmieni; ale obsadzenie każdego wakatu w senacie będzie wymagało uzupełniających wyborów a kiepska kondycja sondażowa Platformy Obywatelskiej sprawia, że „izba nostalgii i zadumy” może diametralnie zmienić swoje oblicze.
Niestety, powyższe porozumienie nie dotyczy eurodeputowanych, którzy nadal będą mogli na drogach robić co im się podoba bez żadnych konsekwencji. Pan Jacek Kurski odetchnął zapewne z ulgą i nadal będzie mógł uprawiać swoje hobby polegające na wariackiej jeździe za policyjnym konwojem. Cóż, nie można mieć wszystkiego, posprzątajmy najpierw własne podwórko, na resztę też przyjdzie czas. Może wyborcy (czyli my wszyscy) zmądrzeją i sami wystawią cenzurki swoim wybrańcom do Parlamentu Europejskiego? Mało prawdopodobne, przyznaję, ale ja zawsze byłem niepoprawnym optymistą liczącym na cud. Albo chociaż przypadek...
Alexander Degrejt
