Otóż Palikot przekonuje, że procedura występowania z Kościoła jest skandaliczna. Dlaczego? Bowiem „ma ona charakter kościelny, a nie świecki”. Cóż, jakby to wyjaśnić w na tyle prostych słowach, by nawet poseł Ruchu Poparcia samego siebie mógł to zrozumieć, otóż Kościół nie jest instytucją świecką, wystapienie z niego nie musi, a nawet nie powinno mieć zatem charakteru świeckiego. Nie ma ku temu ani powodów świeckich, ani tym bardziej religijnych. Kościół jest Mistycznym Ciałem Chrystusa, a wystąpienie z Niego naraża na poważne niebezpieczeństwo zbawienie. Nikt z wierzących nie może zatem ułatwiać apostazji. I żadne apele do Donalda Tuska czy nawet samego van Rompuya, niczego tu nie zmienią.

 

Donald Tusk (do którego Palikot apeluje, by zmienił przepisy dotyczące występowania z Kościoła) nie ma bowiem i nigdy mieć nie będzie władzy na tą instytucją. Nie on określa procedury występowania z Kościoła, i biada wspólnocie wiary, która by się na to zdecydowała. Oczywiście Palikot nie jest idiotą i wie, że premier władzy nad Kościołem nie ma, ale... grzmi, bo liczy na to, że wprowadzi w błąd jeszcze jakiś ułamek procenta ludzi, którzy o rozdziale państwa i Kościoła pojęcia nie mają, i nie wiedzą, że nawet samo Słońce Peru władzy nad Kościołem czy przepisami dotyczącymi apostazji nie ma.

 

Zabawnie brzmią też uwagi o tym, że akt chrztu jest własnością Kościoła, a nie obywatela i utyskiwanie, że to skandal. Otóż spieszę poinformować posła Palikota, że z punktu widzenia Kościoła pojęcie obywatelstwa nie obowiązuje. Człowiek jest obywatelem państwa, ale nie Kościoła. Kategorie tego typu nie stosują się zatem do tej wspólnoty. I rzucenie gromów na ten fakt dowodzi jedynie kolosalnej niewiedzy, albo jeszcze większego cynizmu.

 

Podobnie trzeba oceniać uwagi na temat innych przyczyn wystąpienia z Kościoła. „... występuję z Kościoła (…) przede wszystkim dlatego, że nie chcę być wykorzystywany w walce o władzę i pieniądze (...) Dość tego! Nie mają prawa powoływać się na mnie gdy mówią, że większość Polaków, to ludzie Kościoła! Nie mają prawa tego robić, gdy wskazują - kto ma być prezydentem i na kogo głosuje katolik!” - oznajmia Palikot.

 

I znowu, jak poprzednio nie wiadomo, czy czytając takie rzeczy śmiać się czy płakać. Otóż prawo biskupów i całego Kościoła do oceniania na kogo głosuje katolik nie wynika z tego, czy większość z Polaków jest katolikami (choć nadal większość jest), ale z tego, że takie zadanie postawił przed Kościołem Jezus Chrystus. I jako żywo dla każdego wierzącego wola Chrystusa jest ważniejsza niż polityczny PR Palikota. Może trudno w to uwierzyć posłowi zapatrzonemu w samego siebie, ale nadal są ludzie, dla których Bóg jest ważniejszy od posła ze sztucznym penisem.

 

Inne rzeczy stosują się już do prokuratury. Uwag o tym, że Kościół szerzy agresję i ksenofobię, trudno nie potraktować pozwem. I to mimo iż w kolejnych wierszach Palikot ponownie się kompromituje przekonując, że „dla wielu ludzi wierzących - dzisiejszy Kościół jest nie do przyjęcia!”. I dodając: „Kto wie czy byłby do przyjęcia dla młodego Wojtyły, gdyby raz jeszcze przyszedł na świat? Pewnie nie!”. Z taką bzdurą nie da się polemizować.

 

Pozostaje też pytanie, czy z Palikotem w ogóle warto dyskutować. Każdy, kto współpracował z nim choć chwilę wie, że ten facet nie ma poglądów. Dzisiaj propaguje apostazję, pięć lat temu wiarę, a za sześć lat może z powodzeniem przystąpić do Ruchu Dziewic, jeśli tylko okaże się, że słupki dają mu powodzenie.

 

Tomasz P. Terlikowski