Na fali kontestowania obchodzenia kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego płynie także Janusz Palikot. A raczej odpływa, i to bardzo daleko, pozostawiając hen za sobą rzeczywistość. Tym razem lider Ruchu Palikota przyczepił się do faktu, że w PW brały udział dzieci, a przecież „zindoktrynowane dzieci są głównymi żołnierzami fanatycznej organizacji partyzanckiej, Armii Bożego Oporu (LRA), która od lat 80 sieje strach w Ugandzie, Sudanie, Demokratycznej Republice Konga”.

 

Palikot wrzucił na swój blog na portalu Natemat.pl zdjęcia afrykańskich dzieci dzierżących w swoich małych rączkach karabiny maszynowe, często większe od nich. „Dowódcy Bożej Armii zatruwają niewinne umysły dzieci i przemieniają je w maszyny do walki. Walki o ustanowienie teokratycznego państwa opartego na Dziesięciu Przykazaniach. Ideologia tej grupy opiera się na mieszance chrześcijaństwa, mistycyzmu, rdzennych religii oraz czarów” - przekonuje. Zdumiewające do prawdy jest to, że „filozof, „polityk” (jak sam o sobie pisze) czerpie swoją wiedzę o świecie z Wikipedii (zdanie: „Ideologia grupy opiera się na mieszance chrześcijaństwa, mistycyzmu, rdzennych religii oraz czarów” jest niemal słowo w słowo skopiowane z wirtualnej „encyklopedii”).

 

Jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że Palikot zestawia fanatyczną organizację partyzancką, której przewodzi nie mniej fanatyczny, samozwańczy prorok z Armią Krajową. I obok zdjęć walczących afrykańskich dzieci zamieszcza fotografie kilkuletnich powstańców.

 

- Dzieci najłatwiej zindoktrynować. To my musimy ich bronić przed zachłannością dorosłych – konstatuje Palikot, który nie zauważa, że pomiędzy organizacją terrorystyczną, która zmusza dzieci do biegania z kałasznikowami, a regularną armią walczącą z okupantem o wolność, która wcale nie zmuszała kilkulatków do walki. A jeśli już dzieci znajdywały się w szeregach Powstańców, to miały zgoła inne zadania, niż dorośli żołnierze (na przykład przenosiły pocztę, czy utrzymywały łączność).

 

Nie ma co wracać po raz kolejny do roztrząsania tematu, czy decyzja o wybuchu Powstania była słuszna. Nawet jeśli arbitralnie uznać, że taką nie była, bo Powstańcy mieli co najmniej ujemne szanse na wygraną, to nie zmienia to faktu, że w sierpniowym zrywie roku '44 zginęły setki osób, w większości ludności cywilnej. W tym także dzieci. Dlatego im wszystkim należy się cześć i pamięć. Stąd wyszydzany przez Palikota pomnik Małego Powstańca, stąd stawianie dzieciakom za wzór Zawiszaków, którzy „w wieku 10 lat ginęli za Ojczyznę na ulicach Warszawy”.


I nie chodzi wcale o to, że w ten sposób „indoktrynuje się” dzieci, ucząc, że jedyną słuszną śmiercią jest oddanie życia za Ojczyznę. Choć jeszcze nie jestem matką, to dla swoich dzieci chciałabym przyszłości bez wojen, ognia i głodu. Co nie oznacza, że nie będę im stawiała za wzór Powstańców, zwłaszcza tych najmłodszych. I nie po to, żeby brały broń w ręce i „umierały za sprawę”, ale po to, by – jeśli zajdzie taka potrzeba – wiedziały, że najważniejszy nie jest święty spokój i bezpieczeństwo, ale gotowość oddania życia za wartości, w które się wierzy.

 

Poza tym, stawianie dzieciom za wzór małych bohaterów Powstania ma je raczej nauczyć, że swoje małe powstania przeżywają co dzień, że ich zwycięskie walki toczą się wtedy, kiedy solidnie wypełniają swoje obowiązki, bez marudzenia wstają rano do szkoły, czy są w stanie zrezygnować z obejrzenia kolejnej kreskówki by komuś pomóc, albo odwiedzić chorego kolegę. Po co? Po to, by – kiedy już będą dorosłe – wiedziały, że to, że dziś nie muszą oddawać za Ojczyznę życia z karabinem w ręku, nie oznacza, że nie mogą za nią walczyć, na przykład swoją codzienną, uczciwą pracą.

 

A już na sam koniec, muszę przyznać, że zdumiewające jest to, że pan Palikot bierze w obronę dzieci przed „powstańczą indoktrynacją”, kiedy jednocześnie nie widzi nic złego w indoktrynowaniu dzieci gejowską propagandą czy seksedukacją, która nie ma celu nic ponad promocję antykoncepcji. Czyżby to była mniej szkodliwa indoktrynacja?

 

Marta Brzezińska