Według prof. Tadeusiewicza, problem nie tkwi w tym, że polskie uczelnie nie kształcą na potrzeby rynku. Taki model jest zresztą według niego zwodniczy. - Kształcąc na potrzeby rynku możemy wykształcić ludzi, którzy kilka lat po studiach znajdą się w pułapce, bo ich wąsko wyspecjalizowane umiejętności przestaną być komukolwiek potrzebne – tłumaczy Tadeusiewicz.

 

Profesor podkreśla, że grunt to kształcić ludzi myślących, niezależnie od ukończonego kierunku. - Człowiek, który umie myśleć, da sobie radę niezależnie od środowiska, w którym się znajdzie. Ten, który jest zbyt wąskim specjalistą, niepotrafiącym spojrzeć "ponad płotem" przegra na rynku pracy – dodaje.

Na pytanie, co w takim razie z bezrobotnymi filozofami i socjologami, którzy przecież myśleć potrafią, odpowiada: "Być może nie są wystarczająco dobrymi filozofami i socjologami." - Dawniej na uczelnie trafiali ludzie naprawdę najzdolniejsi. Obecnie przekroczyliśmy w niektórych kategoriach wiekowych 50-procentowy próg studiujących. Innymi słowy - zaczynamy czerpać również z tych, którzy są inteligentni w sposób przeciętny albo poniżej przeciętny – tłumaczy b. rektor AGH.



Tadeusiewicz uważa, że przyczyną tej masowości jest fakt, że w Polsce po 1989 roku chciano się pochwalić wysokim wskaźnikiem skolaryzacji. - Mówiono: spójrzcie, w PRL studiowało tyle i tyle osób, a teraz aż tyle i tyle. Ale statystyka jest jak bikini niby wszystko widać, ale najważniejsze jest zawsze ukryte. Zgubiliśmy sens, którym jest kształcenie ludzi przyczyniających się do rozwoju cywilizacyjnego – twierdzi.

Były rektor AGH uważa, że sporą rolę odegrały także pieniądze. - Okazało się, że nauczanie na poziomie rzekomego szkolnictwa wyższego i tworzone w tym celu naprędce uczelnie były, po prostu, świetnym interesem – mówi.

Zdaniem profesora w finansową pułapkę wpadły nie tylko prywatne uczelnie. – Gorzej, dla tych państwowych stworzono system dotacji zależnych od liczby przyjmowanych studentów. Każdy student przynosił ze sobą woreczek budżetowych pieniędzy - wyjaśnia.

- Niestety, nawet bardzo dobre nasze uczelnie sprostytuowały się. Poszły w ilość. To rodzi bylejakość nauczania, a ta rodzi bylejakość absolwentów – tłumaczy Tadeusiewicz.



Profesor nie szczędzi w wywiadzie ostrych słów pod adresem szkolnictwa wyższego. - Teraz jesteśmy zdeterminowani celami, które wymyślili biurokraci nie mający ku temu kompetencji. To funkcjonuje jak naukowy PGR – mówi.

 

AM/Onet/Rzeczpospolita