Między wdowami po ofiarach katastrofy smoleńskiej doszło do bardzo nieprzyjemnej kłótni... Wszystkiemu przyczyną stała się wypowiedź Magdaleny Merty, wdowy po Tomaszu. Merta w jednym z wywiadów na antenie RMF FM przekonywała, że ekshumacje są absolutną koniecznością. Tłumaczyła, że całymi latami sama starała się potwierdzić tożsamość męża.

Merta przy okazji tej rozmowy odniosła się do wypowiedzi Krystyny Łuczak-Surówki, wdowy po funkcjonariuszu BOR, który także zginął pod Smoleńskiem. Łuczak-Surówka tłumaczyła bowiem, że nie wierzy w zamianę ciał ofiar. "Zachodzi bardzo poważne domniemanie, że wdowa po oficerze BOR-u niekoniecznie chroni w tym swoim grobie akurat swojego męża. Bardzo możliwe, że chroni mojego. A do tego nie ma prawa" - powiedziała Merta, dodając, że "nie uszanuje żadnego oporu przed otwieraniem grobu".

Łuczak-Surówka bardzo emocjonalnie zareagowała na wypowiedź Merty, pisząc na swoim profilu na Facebooku, że... jeżeli Merta jeszcze raz użyje jej nazwiska, to ta pozwie ją do sądu. "Proponuję, by Pani Merta nie posługiwała się moim nazwiskiem ani porównywaniami do mojej osoby. Po ekshumacji mojego męża, której zamierzam dopilnować choćby sama stojąc koło jego ciała, mogę ją oskarżyć o zniesławienie. I wierzcie mi Państwo, że jeśli Pani Merta jeszcze raz użyje mojego nazwiska w jakiejkolwiek wypowiedzi uczynię to" - napisała wdowa po funckjonariuszu BOR.

Dodała następnie, że nigdy nie zapomni Mercie słów o tym, jakoby według "Gazety Polskiej" jej mąż dzwonił do niej już po katastrofie. Merta miała też obdarzyć Łuczak-Surówkę "lekceważącym spojrzeniem", czego wdowa po funkcjonariuszu BOR również nie zamierza zapominać.

bbb/fakt.pl