Holenderskie prawo z 12 kwietnia 2001 roku o "kontroli przerwania życia na żądanie i pomocy w samobójstwie" weszło w życie 1 kwietnia 2002 roku. Nie spotkało się ono ze społecznym sprzeciwem. Było ono owocem konsensusu społecznego, a społeczeństwo w większości akceptowało legalną eutanazję. W Holandii lekarz może dziś zadecydować o zakończeniu życia pacjenta bez zgody sądu, tylko po zasięgnięciu opinii drugiego lekarza. Przy czym ta druga opinia lekarza może być udzielona telefonicznie. Według francuskiego deputowanego Jeana Léonetti 20 proc. przeprowadzanych w Holandii eutanazji nie jest nawet zgłaszanych. O wielu z nich można dowiedzieć się jedynie dzięki mediom, choć te historie i tak już wielu Holendrów nie szokują.

61-letnia holenderska aktorka Josine van Dalsum 6 lat temu dowiedziała się o tym, że cierpi na rozległego raka z przerzutami. Ponieważ jej stan pogorszył się w ostatnim roku, zdecydowała sama wybrać dzień i godzinę swojego odejścia. Tydzień przed planowanym "odejściem" towarzysz Josine, na jej prośbę, zawiadomił jej przyjaciółkę dziennikarkę Wilmę Nanninga z RTL Boulevard, by przekazała ostatnią wiadomość aktorki do swojej publiczności. - Josine chce cię zobaczyć, gdyż umrze w następnym tygodniu - powiedział. Na spotkaniu było piwo i papierosy.

Josine zabito we wtorek 17 listopada a skremowano trzy dni później.

71-letni dziennikarz i polityk, belgijski socjalista Tuur Van Wallendael został uśmiercony u siebie w domu w czwartek 19 listopada o godz. 15.30. Sam wybrał eutanazję po tym, jak zdecydował, że przestaje walczyć z rakiem żołądka. Podczas eutanazji była obok niego żona, brat i trzej lekarze. Sam tak zdefiniował swoje życiowe kryteria: nie doświadczać bólu,móc żyć w godny sposób. - Kiedy już tak nie będzie, będę wiedział gdzie jestem i co powinno się stać – wyjaśnił tego lata. - Jedno, co będę miał do zrobienia to podpisanie, żeby zrobić mi zastrzyk i po kilku sekundach będzie koniec.

We wrześniu, brat Van Wallendaela zorganizował mu imprezę na pożegnanie. Było kilkuset gości.

74-letnia Liliane De Fauw miała mniej "wesołą" eutanazję. Jej rodzina przybyła 15 listopada do katolickiego szpitala Saint-Vincent w Deinze we Flandrii, by towarzyszyć jej przy eutanazji. De Fau od dwóch lat wiedziała, że ma raka. Gdy 6 listopada br. znalazła się w szpitalu uznała, że jej życie nie ma wielkiej wartości i poprosiła lekarza, który się nią opiekował o eutanazję. Na prośbę pacjentki eutanazję zaplanowano na 16 listopada, gdyż chciała jeszcze ostatni raz otrzymać emeryturę. Jej stan szybko się pogorszył i już w poniedziałek 15 listopada została wprowadzona w głęboką śpiączkę.

Rodzina zgromadziła się więc o godz. 10 by uczestniczyć w ostatecznym zastrzyku. Lekarka poinformowała jednak rodzinę, że zastrzyk zostanie podany dopiero po południu. Rodzina została wokół łóżka starszej pani i czekała. O godz. 16. lekarka powróciła. Powiedziała, że nie jest pewna, czy śmierć to rzeczywistą wola Liliany. Morderstwo anulowano.

Rodzina natychmiast zaalarmowała prasę. - Saint-Vincent jest szpitalem katolickim. Jeszcze okaże się, że eutanazja nie jest w ramach ich katolickich przekonań. Nasza matka i tak jest już w śpiączce i sytuacja jest bez wyjścia. W jej stanie, nie może już zwrócić się do innego lekarza lub innej osoby, by czuwała nad jej wyrażonym pragnieniem eutanazji – oświadczyła rodzina.

MaRo/Leblogdejeannesmits.blogspot.com

 

Zobacz także:

Polowanie na starych ludzi w Holandii

 

 

Ważne lektury:

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »