Znany z wcieleń „przegiętego geja” Bruna i kazachskiego reportera Borata komik miał pojawić się na scenie podczas niedzielnego rozdania Oscarów. Jednak po raz kolejny (również w 2010 roku nie udało mu się wręczyć statuetki) Cohenowi nie będzie dane wylansować się na oczach milionów telewidzów na całym świecie. Jest to o tyle zaskakująca decyzja, że aktor jest członkiem Akademii oraz występuje w jednym z oscarowych faworytów - filmie "Hugo" Martina Scorsese. Akademicy podjęli swoją kuriozalną decyzję po tym jak komik zapowiedział, że na galę przybędzie przebrany za generała Aladeena z swojego najnowszego obrazu "Dyktator", który powoli staje się skandalem roku.


Cohen przekonuje, że do nakręcenia filmu zainspirowała go powieść "Zibbah i król" napisana w 2000 roku przez… Saddama Husajna. Film opowiada o dyktatorze, który zrobi wszystko, by ochronić swój kraj przed największym zagrożeniem, jakim jest demokracja. Kiedy przybywa do Nowego Jorku, gdzie ma uczestniczyć w zgromadzeniu ONZ, jego prawa ręka osadza na stanowisku sobowtóra dyktatora. Dyktator ma więc czas pozwiedzać miasto i tak trafia do sklepu ze zdrową żywnością, prowadzony przez kobietę, która sprawia, że dyktator zmieni swoje nawyki żywieniowe i poglądy na demokrację. Jak zwykle w filmach komika, mamy do czynienia z niewybrednymi żartami z Amerykanów, gejów, AIDS, Żydów i innych nietykalnych świętości. Oczywiście Akademia przekonuje, że nie boi się złamania zasad poprawności politycznej, a chodzi jej o to, że gala nie jest miejscem do promowania filmów, które nie otrzymały oscarowych nominacji. A tym by było pojawienie się Cohena w stroju z filmu na czerwonym dywanie i podczas gali. „Nie sądzimy, by to było zachowanie na miejscu. Jednak jego bilety nie zostały anulowane. Czekamy, by nam wyjaśnił, co zamierza zrobić” - mówi rzecznik Akademii. W 2010 roku akademicy zareagowali w ten sam sposób, gdy komik chciał przyjść w stroju Borata. Cohen odmówił więc pojawienia się na ceremonii - informuje "The Hollywood Reporter".


Oczywiście trzeba przyjąć tłumaczenia Akademii, że nie chce promocji filmów nie nominowanych do Oscara podczas tego szczególnego wieczoru. Jednak oglądając wszystkie wcielenia Cohena (Ali G, Borat, Bruno) można być pewnym, że zrobiłby on na scenie coś nie zgodnego z poprawnym politycznie scenariuszem. A tego niezwykle mocno boją się twórcy oscarowej gali, będącej z roku na rok jest coraz nudniejszym show, któremu brak jakiejkolwiek spontaniczności i kontrowersji. Akademicy pamiętają pewnie „numer” Cohena z gali MTV w 2009 roku, gdy jako gej Bruno zjechał na linie podwieszonej na suficie amfiteatru i wylądował nogami do góry na twarzy Eminema, który jest uznany za czołowego homofoba amerykańskiego show biznesu. No cóż, może Cohen dostąpi w końcu zaszczytu pojawienia się na Oscarach dopiero jak dostanie nominację. Ma na to szansę już niedługo, bowiem pierwszy raz w karierze wcieli się w dramatyczną rolę - legendarnego lidera grupy „Queen”, Freddiego Mercury. Chociaż znając temperament komika, można się spodziewać, że wymyśli jakiś żart o AIDS, co skutecznie wyeliminuje go z poprawnego politycznie święta amerykańskiego kina.


Łukasz Adamski