- Z jednej strony książka mnie rozbawiła, a z drugiej jestem zirytowana. Grupa zakompleksionych pseudo-dziennikarzy zarabia górę kasy na kłamstwach, które wmawia naiwnym ludziom – mówi Olejnik w „Newsweeku”. - Kania nie może się zdecydować, czy mój ojciec był pułkownikiem, czy majorem. W co drugim zdaniu albo go degraduje, albo daje mu stopień wyżej. Wyjaśniam: ojciec był majorem, nie pułkownikiem – podkreśla. - Gdyby był perłą PRL-owskiego wywiadu, takim świetnym esbekiem, jakiego robią z niego pseudo-prawicowi dziennikarze, to chyba dorobiłby się czegoś więcej, niż tylko stopnia majora – uzupełnia.

Olejnik przekonuje także, że jej ojciec nie inwigilował opozycji. - Niech pokażą dowody, że tak było. Niech poda nazwiska opozycjonistów, których mój ojciec rzekomo śledził. Współcześni donosiciele grzebali w teczkach i niczego nie znaleźli. Ojciec najpierw pracował w wydziale kryminalnym, a potem ochraniał ambasady – przekonuje.

A potem przechodzi do ataku na Dorotę Kanię. - Jej mama była w PZPR, ale teraz Kania twierdzi, że nie miała na nią wpływu, bo tatuś był taki religijny, a wujkowie to piłsudczycy. No i co, będziemy się teraz licytować na życiorysy? Proszę bardzo: mój dziadek walczył w bitwie o Anglię. Został po wojnie w Londynie, w kraju zostawił babcię z dwójką dzieci - mówiła Olejnik. - Swoją drogą zabawny jest ten fragment, w którym Kania opisuje zagraniczne wyjazdy mojej rodziny. Zapomniała tylko, że mama jeździła do Londynu by odwiedzić swojego ojca – podkreśla.

TPT/Newsweek.pl