Dlaczego serial o ojcu Mateuszu tak przypadł Polakom do gustu?


- Został celnie wybrany. To jest format włoski, ale aktorzy bardzo polscy. Nasze drogi z wersją włoską z czasem się rozeszły, bo serial zaczął żyć własnym życiem. Jego fenomen polega na przesłaniu moralnym, cieplej atmosferze, akcji kryminalnej i dobrym zakończeniu. Ale jest też czas na skruchę czy refleksję. Akcja, która jest ozdobiona pięknym tłem Sandomierza, bardzo dobrze zafunkcjonowała. Mamy dwa fankluby, są dyskusje na forach internetowych. Piszemy swoje scenariusze wzięte z życia. Jeden odcinek był nawet poświęcony powodzi w Sandomierzu.

 

Czym się różni polska wersja od włoskiej?

 

- Tam wystarczy, że grają ulubieni przez Włochów aktorzy. Oni kochają, może nawet uwielbiają aktorów w schemacie: ksiądz, gosposia, dwóch różniących się charakterami policjantów. U nas patrzy się bardziej na treść filmu, bo Polacy jednak pilnie przyglądają się filmowej historii i dopiero przy niej kochają aktorów. We Włoszech mogą się nawet powtarzać co jakiś czas teksty i jest to dopuszczalne. U nas nie. Jest tu zdecydowanie ambitniej.

 

Jak czuję się Artur Żmijewski z rolą księdza po zdjęciach?

 

- On w wywiadach ucieka bardzo od takich skojarzeń. Ale sam byłem świadkiem jak na planie podchodzili ludzie traktując go jak prawdziwego księdza. Jest coś takiego, że poprzez jego filmową wiarygodność ludzie widzą w nim kapłana.

 

Sandomierz nie może już żyć bez. o. Mateusza?

 

- Jesteśmy tam kochani, choć ekipa filmowa tak często tam nie bywa. Mamy serial podzielony na czterech reżyserów. Każdy jest w Sandomierzu na zdjęciach przez tydzień, gdzie głównie kręcone są plenery, przejazdy czy przejścia. Wnętrza i małe plenery jednak kręcimy w Warszawie. W Sandomierzu jesteśmy honorowymi obywatelami miasta i mamy wszystkie zaszczyty, jakie mogły nas tam spotkać. Spowodowaliśmy, że ruch turystyczny wzrósł tutaj o 40 proc. a nieruchomości o 60 proc. To miasto żyło w cieniu Kazimierza, ale się wybiło się dzięki serialowi. Tam razem bardzo dobrze współpracuje biskup z burmistrzem miasta wywodzącym się z SLD. Sandomierz to specyficzne miasto, nazywane nie bez przyczyny „małym Krakowem”.

 

Jaki będzie kinowy film o o. Mateuszu?

 

- To nie będzie zlepek z serialu jak w kinowym „Ranczu”. Nasz będzie inny, odległy od serialu. To będzie bardziej kino akcji - trzymający w napięciu sensacyjny, kryminalny film i nie tak ciepły jak serial. Historia będzie opowiadała o mocno zawikłanych losach młodego chłopaka.

 

Kino akcji kojarzy się z męskimi dialogami, nie rzadko bluzgami.

 

- Tutaj ich nie będzie. Trzymamy poziom. Nie wikłamy też księdza w jakiś tani romans z kobietą. Dodam tylko, że ostatnie sceny będą się działy podczas pielgrzymki na Jasną Górę w okolicach 15 sierpnia. Więcej już pan ze mnie nie wyciśnie.

 

 

Rozmawiał Jarosław Wróblewski