Historia z pomnikiem ofiar katastrofy smoleńskiej potoczyła się tak, jak można było przewidzieć. Prezydent jest oczywiście gotowy do kompromisu i cieszy się, że pomnik stanie. Może nie stanie na Krakowskim Przedmieściu, ale na tyle blisko, że nie ma o co kruszyć kopii. Tak się tylko nieszczęśliwie składa, że o miejsce może się ktoś upomnieć. Wyszło to na jaw jeszcze zanim zabrano się za jakiekolwiek prace, więc może się niedługo okaże, że znowu trzeba je odłożyć na bliżej nieokreślone potem, bo po co stawiać pomnik, który trzeba będzie przestawiać. A może jednak prace ruszą, a problemy zaczną się w ich trakcie. Władza w każdym razie dobrze chciała i nikt nie może powiedzieć, że się na upamiętnienie ofiar nie zgodziła.
To zagrywka dziwnie podobna do sprawy panteonu Żołnierzy Wyklętych. Tu też władza po latach starań rodzin ofiar nagle zgodziła się na budowę i niemal z dnia na dzień ogłosiła konkurs na projekt budowli (która nie będzie nazywana panteonem, ale mauzoleum, ale w tej sprawie trudno protestować, żeby nie wyjść na pieniacza). Tyle tylko, że jeśli panteon/mauzoleum powstanie, to jego budowa uniemożliwi dalsze ekshumacje na Powązkach. No ale władza chciała dobrze – zgodziła się na upamiętnienie Wyklętych. Trudno popadać w odmęty szaleństwa i kwestionować tę oczywistość.
Trzeba przyznać platformerskiej władzy, że jedną umiejętność doprowadziła do perfekcji – tworzenie konfliktowej sytuacji w taki sposób, żeby wina za ewentualny konflikt spadła na kogoś innego.
Jakub Jałowiczor
