Samolot z 35 rosyjskimi dyplomatami wydalonymi ze Stanów Zjednoczonych odleciał dziś z amerykańskiego terytorium. Po dyplomatów oraz ich rodziny - łącznie 96 osób - Moskwa przysłała Iła-96. Obywatele Federacji Rosyjskiej zostali wydaleni w odpowiedzi na moskiewskie ingerencje w prezydencką kampanię wyborczą w USA.
Jak ujawniła FBI, hakerzy zatrudnieni w rosyjskich wojskowych i cywilnych służbach wywiadowczych próbowali wpłynąć na wynik wyborów, oczerniając kandydatkę demokratów Hillary Clinton i wspierając w ten sposób kampanię Donalda Trumpa.
Decyzję o wydaleniu Rosjan podjął w ostatnim tygodniu 2016 roku prezydent Barack Obama, sprawujący swój urząd do 20 stycznia 2017 roku. Wszystkich 35 dyplomatów Amerykanie podejrzewali o wspieranie działalności wywiadowczej, dla których dyplomacja miała być tylko przykrywką. W grę wchodzą operację służb rosyjskich FSB oraz GRU.
Rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych zaleciło prezydentowi Władimirowi Putinowi podjęcie analogicznej decyzji i wydalenie 35 amerykańskich dyplomatów. Takiego kroku spodziewało się większość komentatorów. Putin zdecydował jednak inaczej i powiedział, że Rosja nikogo nie wydali. Można to interpretować jako ukłon w stronę Donalda Trumpa; mimo swoistego prztyczka w nos ze strony ustępującego Baracka Obamy Putin ma nadzieję na utrzymanie pożądanych dobrych relacji z USA po objęciu władzy przez Trumpa.
ol/TVP Info, Fronda.pl
