„Niezbadane są wyroki Boskie”. Niezbadane są również drogi, po których Bóg prowadzi. Ścieżki do Jego poznania są kręte i bywa, że nie uwzględniają ich nawet najlepsze mapy czy systemy GPS. Bo Boska logika jest kompletnie różna od ludzkiej logiki. Czasem to, co pozornie od Boga oddala, może właśnie do Niego prowadzić. Tak też było z Esther Baker, której droga do poznania Jezusa wiodła przez wrota buddyjskiej świątyni.
Historia Esther zaczyna się w 1956 roku w Liverpoolu. Przychodzi na świat jako druga córka pilota RAFu, który dla młodziutkiej kucharki pozostawił swoją pierwszą żonę i syna. Początek jej życia jest bardzo „pobożny”. Przerażona możliwością utraty dziecka w szóstym miesiącu matka, za namową szpitalnego kapelana, powierza dziecko Bogu. Mimo że jest niewierząca. Choć lekarz ostrzega ją, że poród może przeżyć tylko jedno z nich, kobieta decyduje się urodzić dziecko. Jej modlitwy zostają wysłuchane, rodzi zdrową dziewczynkę, którą w odpowiednim czasie ochrzci.
“Bezwartościowe chrześcijańskie śmieci”
I tutaj można by zakończyć „przygodę” Esther z chrześcijaństwem. Niewierzący rodzice, doświadczeni przez życie i negatywnie nastawieni do Boga, nie opowiadają o Nim swoim dzieciom. Dziewczynka wzrasta w, podsycanej przez rodziców, atmosferze niechęci do chrześcijan. - Pamiętam, że jako dziecko nabazgrałam na Biblii: „Chrześcijanie są śmieszni i żałośni, chrześcijaństwo to bezwartościowe śmieci” - opowiada już dorosła Esther w swojej autobiografii.
Niechęć ta przeradza się w niewiarę jako sposób na życie. - Dorastając, z dumą uważałam się za ateistkę – nie do końca rozumiałam, co to oznacza, ale z pewnością miałam na myśli odrzucenie istnienia Boga – wspomina Baker.
Jako dojrzewająca kobieta zaczęła szukać prawdy. Trapią ją setki pytań, na które odpowiedzi z czasem przynosi buddyjska filozofia. - W głowie kłębiło mi się mnóstwo pytań i potrzebowałam czasu na zastanowienie. „Kim jestem?”, „Na czym polega życie?”, „Co dzieje się po śmierci?” (...). W wieku dwudziestu jeden lat poszukiwanie prawdy stało się najważniejszą sprawą w moim życiu – pisze. W swoich poszukiwaniach Esther trafia do Tajlandii, gdzie przygląda się życiu buddyjskich mnichów, aż w końcu odkrywa w sobie pragnienie, aby również zostać mniszką.
“Porzuciłam świat”

W wieku 27 lat przywdziewa białą szatę buddyjskiej mniszki. - Ruszyłam naprzód, stając się mniszką ośmiu wskazań – wyznaje i opowiada o kolejnych etapach formacji. Coraz bardziej zaczyna utożsamiać się z buddyjską filozofią, służy jej mnisi styl życia. - Stopniowo zaczęłam czuć się bardziej swobodnie w świątyni niż poza nią – opowiada o tym, jak z czasem wycofywała się ze wszystkich aspektów „normalnego” życia.
- To my „porzuciliśmy świat”, dążąc do oderwania się od niego. Wydawało się, że wreszcie znalazłam odpowiedź, której szukałam. Z jednej skrajności braku umiaru przeszłam do drugiej – wyrzeczenia, i to mi się podobało – ciągnie swą opowieść Baker.
Jezus pojawia się w jej życiu niespodziewanie. Nagle. W prostym znaku, najprostszym z możliwych. - W ciszy odwróciłam się; na białej ścianie za moimi plecami ujrzałam cień w kształcie krzyża – opowiada. Działo się to okolicach Wielkiej Nocy, kiedy Esther poczuła wielkie przynaglenie, by poznać historię Jezusa. - Niespodziewanie w Wielki Piątek, zapragnęłam dowiedzieć się pierwszy raz w życiu, co tego dnia stało się z Jezusem. To nie było racjonalne; nie potrafię wyjaśnić, dlaczego nagle chciałam to wiedzieć. Od tego wydarzenia nic w jej życiu nie miało już być takie samo. Weszła na drogę, na końcu której zaczęło pojawiać się światło. Choć było to dla niej jeszcze bardzo odległe i zupełnie nie do pomyślenia. - W żaden sposób nie wyobrażałam sobie, że wkrótce ten „smutny”, zakrwawiony Jezus wejdzie w moje życie i zmieni je dramatycznie. Całkowicie wyssie moją niezawodną, długotrwałą buddyjską wiarę: tak, jak życiodajna krew wypływa z zarżniętego cielęcia, moja pewność w buddyzm wysączy się, kropla po kropli, aż straci życie. Wycieknie daleko, aby coś znacznie bardziej wielkiego mogło być dane – wyznaje Esther.
- W pewnym sensie moja sytuacja pogorszyła się, ponieważ uświadomiłam sobie, że Bóg jest prawdziwy – wspomina kobieta. Faktycznie, buddyjska mniszka ośmiu wskazań z czasem zaczyna poznawać właściwą odpowiedź na nurtujące ją od lat pytania. Czuje się tak, jakby ktoś zdejmował przysłaniającą jej oczy zasłonę. Buddyjska filozofia przestaje być filozofią życia, nie wystarcza na zaspokojenie głodu, który w Esther jest od dawna.
“Dziękuję Bogu, że pokazał mi życie buddyjskiej mniszki jako nic nieznaczące i bezcelowe”
- Przez trzynaście lat nauczanie Buddy było jak góra prawdy stojąca twardo za mną. Gdy poznałam Chrystusa, góra zmieniła się w stertę kurzu i śmieci. Odsłoniła iluzję i mogłam zobaczyć, czym była naprawdę. To, co wydawało się rzeczywiste, okazało się bezwartościowe i nieistotne – pisze Baker. Wydawać by się mogło, że jej życie się załamało. Coś, w co głęboko wierzyła, nagle okazuje się fikcją. W takich sytuacjach można odczuwać pustkę, tak wielką, że nic nie jest w stanie jej zapełnić. Czasem wydaje się, że nawet Bóg nie jest w stanie tego zrobić. Tak, i pewnie właśnie dlatego stawia wtedy na naszej drodze ludzi, których zupełnie się nie spodziewamy, a którzy stają się kimś w rodzaju przewodnika.
Także Esther na drodze swojej przemiany nie pozostała sama. - Mój umysł odrzucił Boga, ale serce zaczęło się przekonywać do jego ludzi. Zapragnęłam chodzić i przesiadywać w kościele, żeby być między chrześcijanami – opowiada Baker. Na gruncie tych spotkań dojrzewa w niej decyzja do wystąpienia z buddyjskiego klasztoru i przyjęcia nauki Jezusa Chrystua. Po wielu latach wraca do swojego rodzinnego domu.- Cóż za paradoks! Odbyłam tak daleką podróż, zarówno w sensie odległości, jak i sposobu życia czy poszukiwań duchowych, szukając prawdy a teraz rodzice zabierali mnie do domu, miałam chodzić do kościoła odległego dosłownie o kilka mil od miejsca, gdzie się wychowałam! To, czego tak wytrwale szukałam, było tuż za rogiem! - wyznaje bohaterka książki.
“Mam tylko wpatrywać się w Niego i pozwolić Mu działać”
- Od młodości poszukiwałam prawdy. Przebyłam góry, doliny i dalekie kraje, by odnaleźć ją w końcu w Bogu – przyznaje Esther. Kobieta jednak nie zamierza zagarniać tej Prawdy tylko dla siebie. Chce podzielić się ze światem radością, jaka płynie ze spotkania z Jezusem Chrystusem. Szczególnie ze światem “buddyjskim”, w którym przez tyle lat przebywała i który poznała, jako “jedna z nich”. Po spotkaniu ze Zmartwchywstałym zupełnie zmieniła się jej optyka postrzegania swoich byłych (a może teraz tym bardziej teraźniejszych?) braci.
- Często dostrzegałam, że wielu patrzy na świat tępym wzrokiem – stępionym przez więzy bałwochwalstwa. Wcześniej tego nie zauważałam. Ich twarze naprawdę wyglądały tak, jakby były czymś „zasłonięte”. Pismo Święte mówi, że upodabniamy się do tego, co czcimy, a bożki są martwe. Teraz sama zobaczyłam tę prawdę – przyznaje Baker. - Niecierpliwie pragnę być świadkiem dojrzewania, wzrastania i umacniania wiary tajskich chrześcijan, i widzieć, jak życie tajskich buddystów przemienia się dzięki poznaniu Chrystusa – dodaje. To ogromne pragnienie sprawiło, że Esther wróciła do Tajlandii. Tym razem już nie w buddyjskim habicie…
Marta Brzezińska

Esther Baker, Byłam buddyjską mniszką, Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2010.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

