Ta refleksja doskonale oddaje charakter tej książki. Święchowicz nie daje odpowiedzi, nie prowadzi czytelnika do prostych opinii na temat tego, co naprawdę wydarzyło się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku, a zamiast tego pokazuje tylko najważniejsze pytania, na które wciąż nie znamy odpowiedzi. Nie ma tu miejsca, by wyliczyć je wszystkie, ale warto zatrzymać się nad pytaniami: o tajemniczy samolot, który miał być widziany przez obserwatorów, a który pojawił się tuż przed lądowaniem rządowego TU 154?; o to dlaczego samolot nie spłonął, choć powinien?; o to co stało się z kokpitem polskiego samolotu? Skąd brały się nieścisłości (delikatnie powiedziane) w podaniu dokładnej godziny katastrofy? Czy wreszcie o trzeźwość pracowników wieży kontrolnej?
Zaskakującym jest także mocna i dobrze udokumentowana informacja o tym, że Edmund Klich został wybrany na polskiego akredytowanego przy MAK-u przez sam MAK. To jego pracownicy poradzili mu, by udał się do Warszawy, i oni – zanim pojawiły się jakiekolwiek dokumenty zaczęli traktować go jako jedyną osobę, z którą warto rozmawiać. Informacje te są na tyle istotne, że rzucają nowe światło na dziwaczne zachowanie Klicha i jeszcze mocniej utrudniają jakąkolwiek opartą na faktach refleksję, rodząc pytanie o to, czy jakiekolwiek fakty kiedykolwiek poznamy, skoro nawet naszego akredytowanego mianował MAK.
Nie sposób też pominąć mocnych rozważań na temat manipulacji i dezinformacji, jaka wychodziła ze strony rosyjskiej. Święchowicz krótko je przedstawia i pokazuje, że aż trudno sobie wyobrazić by była ona całkowicie przypadkowa i niezaplanowana. Byłoby to tym bardziej naiwne, że od pierwszych minut po katastrofie Rosjanie zrzucali – systematycznie i niezwykle profesjonalnie – całą winę na polskich pilotów. „Machina propagandy pracowała pełną parą, jak za dawnych sowieckich czasów. Tezę o winie pilotów powtórzono miliony razy we wszystkich możliwych kontekstach, we wszystkich językach, we wszystkich środkach przekazu, ustami tysięcy ekspertów, komentatorów i funkcjonariuszy” – podkreśla Święchowicz.
I w tym jednej kwestii nie pozostawia wątliwości, że teza o winie pilotów jest nie do obrony. Jego zdaniem, a książka dostarcza na potwierdzenie tej opinii masy argumentów, polscy oficerowie nie byli samobójcami i wcale nie zamierzali schodzić do lądowania, a jedynie sprawdzić widoczność, by później odejść na drugi krąg, i jeśli byłaby ona wystarczająca zacząć lądować. Niestety z jakichś powodów, których nie potrafimy albo nie chcemy wciąż jeszcze (a nie wykluczone, że nie będziemy nigdy) wyjaśnić samolot zaczął gwałtownie opadać, a piloci długo nie potrafili zdiagnozować przyczyny. Gdy im się to udało było już za późno na ratunek. Nie pomogli im zresztą także kontrolerzy, których stan pozostawiał wiele do życzenia, i którzy podawali pilotom jednoznacznie błędne informacje.
Co było przyczyną upadku: awaria, celowe działanie, systemowe błędy tego wciąż nie wiemy. I, co niestety wynika z książki Święchowicza, prawdopodobnie szybko się nie dowiemy. Służby rosyjskie mają bowiem wciąż w rękach wszystkie dowody, a nic nie wskazuje na to (choć autor książki wyraża nadzieję, że może być inaczej), by chciały one sprawę wyjaśnić. Byłoby to z ich strony zresztą działanie nieracjonalne, bowiem zbyt wiele sił poświęciły one na udowodnienie winy Polaków, by teraz rezygnować z tej jakże wygodnej dla Rosjan, a wiele wskazuje również, że dla polskiego rządu teorii.
Jeśli czegoś w książce brakuje, to wyłącznie analizy mocnych ataków na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który ma być winien ciężkiego stanu psychicznego pilotów. Tej sprawy, choć wspomina o niej, Święchowicz nie analizując, skupiając się wyłącznie na obronie pilotów i wojskowych. Jest to zresztą o tyle naturalne, że jeśli oficerowie wcale nie chcieli lądować, a jedynie sprawdzić sytuację, to nie może być mowy o zmuszaniu ich do takiej czynności. Mimo tego delikatnego braku książkę trzeba przeczytać. Choćby po to, by wiedzieć ile dezinformacji, manipulacji wkładano nam w głowę, a także zrozumieć, że gdyby nie blogerzy, „Nasz Dziennik” czy „Gazeta Polska”, to wiedzielibyśmy o całej tej sprawie tyle, co nic. Polski rząd bowiem nie zrobił nic, byśmy prawdę o tej wielkiej tragedii kiedykolwiek poznali. I to jest jego ogromna wina, za którą przyjdzie premierowi, ministrom czy Edmundowi Klichowi odpowiedzieć.

