Zawiedzeni z kina wrócą ci, którzy spodziewali się kolejnej dawki oklepanej, ale modnej w ostatnim czasie porcji patriotycznego torciku, który od wisienki w postaci pięknych, młodych, szlachetnych, silnych, zdrowych partyzantów robi się niesamowicie mdły. Podobnych dolegliwości nie dostarcza nam „Obława”.
Obraz Marcina Krzyształowicza pokazuje losy partyzantów Armii Krajowej, walczących przeciwko Niemcom, w bardzo naturalistyczny, a niekiedy wręcz turpistyczny sposób. Nie ma czczych gadek o honorze, patriotyzmie, Bogu, ideach. Jest brud, głód, chłód, choroby. Nie ma pięknych mundurów, ułańskiej szarży, bezkrwawych widowiskowych strzelanin. Są łachmany, zmarznięte, poranione stopy, brutalna jatka, jakiej nie szczędzą sobie wrogowie. Żołnierze nie śpiewają beztrosko partyzanckich piosenek przy czyszczeniu broni, nie snują egzystencjalnych rozważań. Ich myśli bardziej zajmują bolące zęby, czy schorowane żołądki.
Do tego muszą zmierzyć się z własnymi demonami przeszłości czy pragnieniami, jak główny bohater filmu - kapral „Wydra” (niezastąpiony Marcin Dorociński). Żołnierz pozostaje dla nas wielką niewiadomą, człowiekiem - zagadką, który skrywa swoją tajemnicę. Podobnie z innymi postaciami: „Pestką” (w tej roli znakomita Weronika Rosati, jakże odmienna od wizerunku z jakim jest powszechnie kojarzona) – 23-letnią dzielną dziewczyną, która ostatecznie zdradza oddział, kierując się miłością do nastoletniej siostry, Henrykiem Kondolewiczem (Maciej Stuhr utrzymuje świetną formę!) – obślizgłym niemieckim kapusiem w którym – mimo całej odrazy - można dostrzec odrobinę człowieczeństwa czy jego żoną – Hanną (w tej roli Sonia Bohosiewicz), która decyduje się wydać Podziemiu swojego małżonka. Motyw zdrady stanowi idee fix filmu Krzyształowicza. Przybiera różne odcienie, tak samo, jak osobowości bohaterów filmu. Nie ma tu miejsca na czerń i biel, sztywne podziały. Polem badawczym dla precyzyjnego „szkiełka i oka” reżysera jest samo człowieczeństwo, złożona natura ludzka. I tak, dzielny żołnierz bezuczuciowo wykonuje wyroki śmierci, szlachetna dziewczyna wydaje wrogom kolegów, opanowany dowódca - porucznik „Mak” (stworzony do takich ról Andrzej Zieliński) w kryzysowych sytuacjach klnie jak szewc, a oddany żołnierz Waniek (znany z serialu „Świat według Kiepskich” Bartosz Żukowski) ubliża zdrajczyni w niewybredny sposób, bardziej przypominając plugawego menela, niż Rycerza Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

Równie złożona jest konstrukcja filmu. Reżyser nie zdecydował się na pospolitą, linearną fabułę. Akcja jest przerywana licznymi retrospekcjami i powrotami do punktu wyjścia. „Akcja skacze w czasie, choć rozgrywa się w ciągu kilkudziesięciu godzin. Takie żonglowanie wątkami bywa zawsze zgubne dla niedoświadczonego filmowca. Nie zapominajmy, że przejechał się na nim nawet taki mistrz gatunku jak Guy Ritchie. Krzyształowicz radzi sobie jednak wyśmienicie” – pisze na portalu wNas.pl Łukasz Adamski. Nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z opinią mojego kolegi.
Reżyser wysoko postawił sobie poprzeczkę, ale nie zawiódł nadziei. Przede wszystkim własnych, bo nikt nie wiązał takowych z obrazem faceta, który w ostatnich latach zajmował się głównie telewizyjną komercją spod znaku „BrzydUli” czy „Egzaminu z życia”.
Należy pochwalić rownież Arkadiusza Tomiaka za świetne zdjęcia. Chłodne barwy doskonale wkomponowały się w niepojący klimat filmu.
Dzieło ma również słabsze strony. W wątpliwość można postawić przedstawienie „leśnych” jako oddziałów o tak niskim morale, na długo przed zakończeniem wojny. Obraz, jaki wyłania się z filmu bardziej pasuje do opisów dziejów partyzantów z okresu walki z komunistycznym okupantem po 1945 r. A trzeba pamiętać, że również wtedy żołnierze dbali o utrzymanie pewnego porządku (choćby noszenia mundurów, nawet w ekstremalnych warunkach) czy zachowywania resztek nadziei, która – jak wiadomo – nie spełniła się. Zabrakło również odniesień do religii, która w okresie walki partyzanckiej stanowiła ważne spoiwo oddziałów, jedyne światełko w tunelu. Przedstawianie kościoła czy konfesjonału wyłącznie jako miejsca denuncjacji budzi, co najmniej, złe skojarzenia.
Nie można jednak zapominać o ciemnych kartach żołnierskich losów. Powszednim żywocie „leśnych”, nim ktoś zdecydował przenieść go na karty historii. Trudno kierować pod adresem reżysera zarzuty, skoro historię „Wydry” zadedykował swojemu ojcu, który również był żołnierzem Armii Krajowej. A wspomnienia świadków historii, niejednokrotnie, są znacznie bardziej bolesne, niż chcieliby tego apologeci bohaterów.
W tym momencie przypominają mi się wspomnienia mieszkańców Północnego Mazowsza z którego pochodzę, będących świadkami zmierzchu oddziału legendarnego „Roja”. Na ich oczach energiczni młodzi ludzie, pełni ideałów, przeistaczali się w znużonych życiem, zrezygnowanych odrzutków, których blizny były ledwie odbiciem ran w charakterach. Takich samych, jakich doświadczyli bohaterowi filmu Krzyształowicza…
Niektórym nie było nawet dane zebrać ciała towarzyszy broni i przysypać ich zmarzniętą ziemią, jak uczynił to kapral „Wydra”. Czasem nawet przekleństwo wydaje się błogosławieństwem. A wtedy również promienie słońca i dogasający papieros mają zupełnie inny smak…
Aleksander Majewski
