„Warszawski poranek. Z hotelu na poranny jogging wychodzi obcokrajowiec. Gdy zastanawia się, w którym kierunku się udać widzi uśmiech mijającej go w biegu blondynki. Dziewczyna ogląda się, a on już wie, w którą stronę za chwilę pobiegnie. W ten sposób rozpoczyna się spot promujący Warszawę jako miasto aktywne, dynamiczne - miasto, w którym można się zakochać. Swobodny, poranny bieg wkrótce przeradza się w wyścig z elementami parkour - widowiskowego poruszania się w przestrzeni miasta. Śledząc pogoń widzimy bohaterów odwiedzających najbardziej atrakcyjne i widowiskowe miejsca stolicy. Bohaterowie poruszają się prawami filmowej logiki, a pogoń jest pretekstem do pokazania głównego bohatera spotu jakim jest Warszawa z jej różnorodną - sportową i kulturalną ofertą, ze Stadionem Narodowym i miejscami związanymi z Fryderykiem Chopinem na czele”- czytamy na portalu gazeta.pl.
Koszt tej absurdalnej kampanii wynosi 400 tysięcy złotych. Koszt wyprodukowania klipu to, według blogera Rybitzkiego, 505 tys. zł. Jednak nie to jest najistotniejsze w tej akcji. Otóż internauci zauważają również, że filmik przypomina pogoń gwałciciela za swoją ofiarą. Trudno się z nimi nie zgodzić. Niektórzy internauci dodają, że mężczyzna występujący w reklamówce... ma erekcję. Tak napisała niezalezna.pl. Mnie oczywiście nie wypada patrzeć się na takie części ciała u mężczyzn. W końcu jestem tylko krypto gejem- jak zauważyli geje z jednego z tęczowych portali. Nie mogę się ujawniać. Gazeta.pl cytuje internautów, którzy piszą, że nie mają pojęcia co autorzy mieli na myśli. Ja również wysiadam. I nie chcę w to się zagłębiać. Moja tolerancja dla obciachu ma pewne granice. Nawet jak ten obciach jest naładowany efektami specjalnymi. Jednak patrząc na warszawski klip wiem jedno. „Bitwa o ziemię” to nie najbardziej żenujący film S-fi jaki widziałem.
Łukasz Adamski

