Decyzja 47-letniego prezydenta USA w sprawie rozciągnięcia ubezpieczeń i pakietu socjalnego przysługującego rodzinom urzędników ma zostać ogłoszona w środę wieczorem czasu waszyngtońskiego (po południu czasu polskiego). Jeżeli wejdzie w życie, partnerzy służących w administracji homoseksualistów będą w praktyce traktowani tak, jakby byli ich małżonkami.
"Chicago Tribune" w entuzjastycznym komentarzu pisze, że to "znaczący postęp w walce o prawa gejów". Przypomina też, że administracja ciemnoskórego Demokraty, u władzy od 20 stycznia, zdążyła już przeforsować inne rozwiązanie: Departament Stanu pod wodzą Hillary Clinton traktuje homopartnerów swoich dyplomatów tak samo jak członków ich rodzin, wydaje im paszporty dyplomatyczne i opłaca kursy językowe.
Dzisiejsze wystąpienie Obamy to zbiegło się w czasie z inną "gay-friendly" inicjatywą Demokratów. W czasie, gdy ich prezydent będzie obiecywał przywileje homoseksualnym kochankom swoich urzędników, jego koledzy z partii będą próbowali przeforsować kontrowersyjną poprawkę, w myśl której Stany Zjednoczone traktowałyby obrażanie m.in. cudzej "orientacji seksualnej" i "tożsamości płciowej" jako "przestępstwa nienawiści".
Według portalu Life Site News, w projekcie popieranym przez Baracka Obamę nigdzie nie ma nawet wyjaśnienia co ustawodawca rozumie jako "orientację seksualną". Po tym jak Demokraci nie zgodzili się m.in. na dopisanie do niego klauzuli, że nie będzie karane obrażanie miłośników pornografii dziecięcej i seksu z nieletnimi, prawicowa opozycja nazwała poprawkę mianem Pedophile Protection Act (Ustawa o ochronie pedofili).
W całym tym festiwalu ustępstw wobec potężnego lobby homoseksualnego, ma jednak miejsce bardzo ciekawe zjawisko. "Chicago Tribune" pisze, że środowiska homoseksualne w USA mimo wszystko wciąż pogniewane są na wybranego przed ośmioma miesiącami szefa państwa, którego gorąco popierali.
Spodziewali się po Obamie przede wszystkim legalizacji związków między osobami tej samej płci i odwołania Defense Marriage Act, ustawy z 1996 roku, która powoduje, że rząd federalny nie uznaje tzw. związków homoseksualnych zawartych w uznających je stanach.
Obama, który za wszelką cenę próbuje pokazywać się jako "polityk środka" i przekonuje Amerykanów, że jest wierzącym chrześcijaninem, nie zdecydował się jednak na krok, który mógłby kosztować go utratę poparcia społecznego. Jego przedstawiciele przekonywali niedawno, że prywatnie prezydent chce zniesienia ustawy, jednak jako głowa państwa ... musi jej bronić.
Dlatego na nowe pomysły dawni homoseksualni zwolennicy Obamy zareagowali bez entuzjazmu. Także na ten dotyczący członków administracji i ich kochanków. - To dobre dla niewielkiej grupy ludzi, którzy pracują dla rządu federalnego, ale wyłącza przytłaczającą większość osób pozostających w związkach jednopłciowych - skarżył się jeden z nich.
PB/Los Angeles Times/Chicago Tribune/New York Times/Life Site News
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

