J. Wróblewski: Kim jest dla ojca Benedykt XVI?

o. Kawecki: Benedykt XVI był, jest i pozostanie dla mnie znakomitym teologiem, erudytą, człowiekiem wykształconym, mającym zresztą wspaniałą teologiczną syntezę. Jest być może lepszym teologiem niż był nim Jan Paweł II, który był przede wszystkim filozofem. Dlatego teologia absolutnie dominuje w jego wypowiedziach, homiliach, encyklikach, listach czy książkach. On potrafi tę wiedzę przekazać w sposób prosty i zrozumiały. Ludzie prości czytają np. jego „Jezusa z Nazaretu” i jest to dla nich zrozumiałe, co nie było takie proste w wypadku traktatów filozoficznych Jana Pawła II. Benedykt XVI posiada prostotę myśli, języka, ale nie ma tego daru komunikacji z drugim człowiekiem - jaki posiadał w stopniu doskonałym Jan Paweł II.

 

W Niemczech określano to tak, że Jana Pawła II się oglądało, a Benedykta XVI się słucha.

Tak, i to jest dobre powiedzenie. Benedykt mówi w sposób sugestywny, ciepły i zrozumiały, a jego postać kryje się jakby za wypowiadanymi słowami. Z drugiej strony to człowiek niezwykle zrównoważony, pełen taktu i cierpliwości. Emanuje z niego esencja naturalnej dobroci i mądrości, jaką zauważamy u starszych osób. To zjednuje mu ludzi. Pamiętam przed laty, gdy studiowałem jeszcze w Rzymie, a on był kardynałem Ratzingerem, „żelaznym kardynałem” - jak się wtedy o nim mówiło, to miałem przyjemność z okazji jego wizyty w Colleggio San Alfonso zjeść z nim kolację. Posadził mnie obok siebie i przez całą kolację mogłem z nim rozmawiać na tematy Kościoła. Ja prosty student z Polski a on prefekt najpotężniejszej Kongregacji w Watykanie, odebrałem ten gest jako oznakę wielkiej pokory i szacunku do każdego człowieka.

 

Jak ksiądz przyjął informację Benedykta XVI o zrzeczeniu się urzędu papieskiego?

Widziałem go w niedzielę na modlitwie Anioł Pański i ta informacja spadła na mnie na drugi dzień jak grom z jasnego nieba. To było zaskoczenie jak u wszystkich. Pojawiły się komentarze, że z krzyża się nie schodzi, że trzeba nieść go do końca, a nawet dać się wyniszczyć przez cierpienie i chorobę - nie rezygnować. Jakaś część osób będzie wierna właśnie tej idei, uważając, że nastąpił jakiś zwrot w historii Kościoła, być może nawet dla niektórych niebezpieczny, że nic nie jest wieczne i trwałe, a nawet Kościół - mówiąc językiem młodzieżowym - wymięka. Ja nie sądzę w tych kategoriach. Benedykt XVI w geście rezygnacji pokazał bardzo ludzką twarz, że nic nie dzieje się na siłę, że nie jest „przyspawany” do urzędu, bo posługiwanie jest do tego momentu, kiedy jest się użytecznym. Jeśli nie mógł tego zapewnić fizycznie, psychicznie i duchowo, to podjął bardzo rewolucyjny krok. Nie myślał o sobie, ale o Kościele i jego dobru. Tak to odbieram, że był to największy stopień dojrzałości tego człowieka. Gest wielkiej odwagi i mądrości.

 

A czy ta decyzja nie wynikła z głębokiej samotności papieża?

Pewnie tak, na tym urzędzie każdy pozostanie w samotności przed Bogiem. Może jest też po ludzku zmęczony intrygami, skandalami obyczajowymi, wyciekiem informacji, czy konkurencją innego postrzegania roli Kościoła. Wielokrotnie był krytykowany, m.in. za relacje z islamem czy lefebrystami. Nie wszyscy byli zadowoleni z jego opcji nazwijmy to oględnie „umacniania tradycji”. Myślę, że jest świadom swojej samotności, ogromu spraw Kościoła do uniesienia, ale jest też świadom duchowego wsparcia wiernych, zwłaszcza w tych ostatnich dniach. Argumentując swoją decyzję odejścia powiedział, że w obliczu wyzwań jakie stoją przed Kościołem niezbędna jest siła zarówno ciała, jak i ducha, która w ostatnich miesiącach osłabła w nim na tyle, że musi uznać swoją niezdolność do dobrego wykonywania powierzonej mu posługi. W każdym razie jest to gest wielkiej odwagi i jednocześnie zrobienia miejsca dla kogoś młodszego, dynamiczniejszego, kto mógłby przewodzić Kościołowi w tych trudnych czasach.

 

Czy i my nie powinniśmy uderzyć się w piersi, że ta rezygnacja była i naszą winą? Za mało odczuł naszego wsparcia, za mało było modlitwy?

Nie myślałem w takich kategoriach. Byłem bardziej zaskoczony odbiorem tej decyzji, że Benedykt XVI urósł jeszcze bardziej w oczach wielu osób, że nauczył ich pokory przez tę decyzję i ludzie to zrozumieli. A jeśli chodzi o modlitewne wsparcie, nigdy nie jest go za dużo, ciągle możemy i powinniśmy wspierać Kościół przez modlitwę i świadectwo życia.

 

Był szczery do bólu.

I to się właśnie podobało. Polskie media potraktowały tę decyzję dobrze, generalnie nie spekulowały, ale po prostu ją przyjęły. Byłem tym nawet pozytywnie zaskoczony.

 

Ze smutkiem można powiedzieć, że jednymi z najbardziej atakujących w tych dniach Benedykta XVI w polskich mediach byli niegdysiejsi duchowni katoliccy. Dosyć bezpardonowi w krytyce. To budziło niesmak.

To bardzo charakterystyczna kategoria osób. Jednak ja ich na poważnie nie traktuję. Ich głos jest bardzo subiektywny. Ci poranieni panowie, przegrani w swoim powołaniu i życiu nie mogą mówić inaczej. Będą szli na ostrą kontrowersję, aby media ich używały. Swoje problemy przekładają na tę tematykę. Są dla mnie niewiarygodni w swoich komentarzach, podobnie jak skrajnie lewicowe panie, które z wielką chęcią, gdyby tylko mogły, zniosłyby Kościół z powierzchni ziemi. To są emocjonalne i irracjonalne głosy. Normą są jednak osoby, niepałające rządzą odwetu.

Dwa dni po trudnej decyzji poruszyły mnie słowa Benedykta XVI, który szczerze wyznał: „W tych niełatwych dla mnie dniach odczuwałem niemal fizycznie siłę modlitwy, jaką niesie dla mnie miłość Kościoła, wasza miłość”. To jest dla mnie bardzo istotne świadectwo, bo pierwszy raz faktycznie zrozumiałem, jak moja modlitwa osobie duchownej jest mocno potrzebna, wręcz niezbędna do życia. To kapłan odprawia Msze święte, spowiada nas, naucza o Bogu, pomaga rodzicom wychowywać w dobrych wartościach dzieci. W modlitwie za duchownych jest braterska odpowiedzialność, że bez nich, ich fizycznej i duchowej siły to i my jesteśmy słabsi. Potrzebujecie naszej modlitwy?

Poruszył pan szalenie ważny problem. Zawsze z sentymentem patrzę na biskupów i papieża, gdy wymieniam ich w każdej Mszy św. To jest wielka wartość modlitwy Kościoła za swoich pasterzy. Papież Benedykt XVI odczuł modlitwę po złożeniu rezygnacji i powiedział to z pewną ulgą; bał się zapewne reakcji ludzi, ale otrzymał ciepłe przyjęcie jego decyzji. Odetchnął, że został zrozumiany i modlitwa za niego była tego potwierdzeniem. Modlitwa kapłańska i duchowość kapłańska to temat-rzeka. Jako kapłani uciekamy niekiedy od kontemplacji, od modlitwy, z braku czasu, albo innych względów. Tymczasem modlitwa kapłańska jest siłą Kościoła. Kościół w Polsce zdaje się niekiedy rozpolitykowany i niektórzy księża nie potrafią do końca w kategoriach duchowych oceniać rzeczywistości. Pójście w stronę Kościoła, który na kolanach przeżywa troski, a nie użala się, że jest ciągle atakowany za swoje posunięcia czy winy, oto właściwy kierunek dla wielu. Trzeba umieć przyjąć swój krzyż. Tak to już w historii bywało, że w czasach najtrudniejszych Kościół bywał najmocniejszy.


Nie traktujemy jednak proboszcza czy księdza w parafii jak swojego przyjaciela; nie sądzimy, że jesteśmy sobie razem potrzebni. Oprócz niedzielnej Mszy świętej czy kolędy, jest w tych relacjach bardziej szklana ściana wzajemnej obojętności. Czy tego nie należy zmieniać? Czy nie czas na realne parafialne wspólnoty i komunikację, również poprzez modlitwę? Na swego rodzaju braterstwo wiernych i księży?

Byłoby to piękne, należy do tego zmierzać i tego pragnąć. Ze swojej strony pragnę wyznać, że ludzie zwracają się do mnie często z prośbą o modlitwę, powierzają mnie jako kapłanowi swoje troski, co jest dowodem zaufania i szacunku. Często jednak patrzy się na księdza jak na burżuja z wypasionym samochodem lub jak na potencjalnego pedofila czy katechetę, wyżywającego się na dzieciach. Patrzy się często przez pryzmat mediów, gdzie niewidoczne jest misterium kapłaństwa. Trzeba też rozróżnić kapłaństwo od człowieczeństwa. Kapłani nie są doskonali, ale często się ich idealizuje i stawia niebotyczne wymagania, co jest zgubne. Bo jak nie jest idealny, to trzeba go odrzucić. Tak powstaje pewna forma antyklerykalizmu.

 

Na upadku księdza przyjemnie buduje się też swoje dobre samopoczucie, choć to fałsz.

Ludzie mi mówią na rekolekcjach, misjach, że przestali chodzić do spowiedzi, bo trafili na fatalnego księdza. Mówię im wtedy wyraźnie - nigdy was to nie usprawiedliwi. Uciekacie przed sobą, przed swoimi problemami, grzechami, zastawiając się złym księdzem. To jest łatwe szukanie dla siebie usprawiedliwienia. Wierzy się Bogu i w Boga, a ksiądz jest pośrednikiem Jego łaski, często niewiernym, upadającym, ale i nawracającym się.

Czekamy na nowego papieża...

Jak zawsze w tego rodzaju sytuacjach stoimy pod krzyżem w niepewności i pytaniach. Ufamy jednak Duchowi Świętemu. To jest epokowy czas. Konklawe jest zawsze dla świata wielkim wydarzeniem, również dla niewierzących. Nie ma dnia, aby media, nawet laickie, o tym nie mówiły. To jest ważny moment w historii świata, bo pomimo wszelkiej krytyki, Kościół i jego pasterze, a szczególnie papież, cieszą się wielkim autorytetem. Kościół katolicki się krytykuje, polemizuje z nim, obraża na niego i jego prawa Boskie, ale ufam, że się też z nim liczy, bo jest on ważny i bardzo potrzebny ludziom i światu. Również osobom niewierzącym. Potrzeba ludziom jego sakralnej logiki, jego mądrości, stabilności, pośrednictwa w udzielaniu łask od Boga, przebaczenia i zaspokajania głodu ludzkich serc spragnionych prawdy i miłości. Wraz z Kościołem zmierzamy ku zmartwychwstaniu. Myślę, że kolejny papież będzie osobą wybitną, tak jak i jego poprzednicy. To może być czas uzdrawiający dla Kościoła.

Znaki na niebie i ziemi pokazują, że czasy są ostateczne?

Tak, ale tylko w pewnym sensie. Chrześcijanin zawsze żyje w takich czasach. Powinniśmy być w stałej gotowości eschatologicznej, w czuwaniu, w byciu gotowymi na spotkanie z Panem, ale przecież nikt z nas (nawet papież) nie wie kiedy to nastąpi. Paruzja czyli powtórne przyjście Chrystusa na świat będzie miała miejsce, ale tylko Bóg wie kiedy to nastąpi.

Wracając do Benedykta XVI, co zawdzięczamy mu jako Polacy?

Jako kardynał był przyjacielem Jana Pawła II. Ma naturalną sympatię do naszego narodu, dla naszej pobożności, co widać podczas spotkań z Polakami. Nie musiał przecież wprowadzać języka polskiego jako oficjalnego języka papieskich przemówień, a jednak to zrobił. Czyta i mówi do nas po polsku, choć nie jest Polakiem. To była nobilitacja dla nas przez cały jego pontyfikat.

 

Przejmujące było przesłanie, które powiedział do nas pod koniec lipca 2012 r., nawiązując do Powstania Warszawskiego: „Zawierzając wszystko Bogu, jak powstańcy warszawscy, trwając w jedności z Chrystusem, nie zbłądzicie w codziennych wyborach wartości, nawet gdy świat będzie was kusił mirażami szczęścia i rozrywki”.

Tak, to pięknie słowa, świadczące o znajomości naszej historii. To jest papież, który ma szacunek dla Polaków. Wielokrotnie dawał temu wyraz, wspominając ważne wydarzenia z naszej historii, wymieniając wiele wybitnych polskich postaci. Pamiętam również, jak przyjął delegację Polskiego Radia w 80 rocznicę jego powstania, czy udzielając ekskluzywnego wywiadu Telewizji Polskiej. To są wymowne oznaki wielkiego szacunku dla Polaków.

 

Rozmawiał Jarosław Wróblewski