A ja, choć walczyć uwielbiam, to zamierzam jednak spełnić prośbę Szymona i dostosować się do jego propozycji pisząc słów kilka o wielkości Bożego Miłosierdzia, a także Bożej Miłości. Zrobię zaś to nie tylko dlatego, że chciałbym zobaczyć, jak pokojowo zazwyczaj nastawiony Szymon skrzyżuje publicystyczny rapier z cywilizacją śmierci, ale przede wszystkim dlatego, że zgadzam się z Szymonem, że Ewangelia jest Dobrą Nowiną o Bogu, który nas kocha szaloną miłością, i który wybacza nam każdy grzech.
Jednocześnie jednak, żeby nie rezygnować całkowicie z tonu polemicznego, nie mogę nie wskazać, że – mam jednak nieodparte wrażenie – że budując swój felieton wokół przeciwstawienia kodeksu karnego listowi miłosnemu, jednak z lekka przesadził. Owszem można dyskutować, czy w przekazie (także moim) nie za dużo jest o grzechu, a za mało na miłosierdziu, za dużo o zakazach, a za mało na Dobrej Nowinie, ale też nie sposób nie dostrzec, że Dobra Nowina to także przypomnienie o grzechu, uświadomienie, że on istnieje, i że obejmuje i wymaga o wiele więcej niż Dekalog... Kazanie na Górze, ukazanie prawdziwego znaczenia przykazań, świetnie to pokazuje.
Miłosierdzie pozorne i autentyczne
Ale nawet, gdyby wyjść od Bożego Miłosierdzia (a to ono jest oczywiście fundamentem) to i tak nie sposób nie dostrzec, że w jego rozumienie, przyjmowanie, wpisana jest świadomość grzechu. Jeśli owo Miłosierdzie, wybaczenie ma cokolwiek znaczyć, to wcześniej istnieć musi świadomość grzechu. Tym, co Bóg nam wybacza jest bowiem właśnie grzech... Miłosierdzie nie oznacza, że zło przestaje się liczyć, że staje się ono dobrem, że nie można go ocenić. Ono oznacza, że Bóg zdejmuje z nas – przez Śmierć i Zmartwychwstanie Swojego Syna – winę, że odpuszcza nam go. Jeśli tak wielkiego cierpienia wymagały nasze – tak sam często o nich myślę - „niewielkie” grzechy, to może w istocie nie były one wcale tak niewielkie?
Bóg wydał za nas i za nasze grzechy swojego Syna, a to oznacza, że każdy z nich, nawet najmniejszy, ma nie tylko wielkiego Odkupiciela, ale także wielką wagę. Jeśli sobie tego nie uświadomimy, jeśli nie poznamy wagi naszych grzechów, to nie doświadczymy ogromu Bożego Miłosierdzia. I chodzi mi nie tylko o te „wielkie” grzechy, zabójstwa, aborcje, kradzieże zdrady małżeńskie, akty homoseksualne itd. itp. – ale też te „drobniejsze”, takie jak brak uśmiechu dla najbliższych, niecierpliwość, wściekłość, przedwczesne osądzanie, brak uwagi, czasu dla najbliższych, niechęć do swoich współpracowników czy zaniedbywanie obowiązków w pracy. Uświadomienie sobie, że takie postępowanie szkodzi nie tylko drugiej osobie, społeczności, ale także mnie samemu, i do tego niszczy relację z Bogiem, jest początkiem doświadczenia miłosierdzia Bożego. Miłosierdzia, które jest wybaczeniem, a nie unieważnieniem.
Grzech i pluszowe duszpasterstwo
Niestety część dzisiejszego „pluszowego duszpasterstwa” odrzuca przypominanie o grzechu, jako nieduszpasterskie i zniechęcające ludzi do Kościoła straszenie. Tyle, że takie „pluszowe duszpasterstwo” prowadzi do przekonania, że Chrystus nie jest nam potrzebny. Lekarza potrzebują bowiem chorzy, a nie ci, którzy się dobrze mają. A jeśli nasze kaznodziejstwo, głoszenie opieramy na przekonywaniu, że w istocie grzech nie ma znaczenia, że to nic poważnego, zwyczajne zaniedbanie, albo wręcz nasze święte prawo, to nigdy nie uświadomimy sobie, że potrzebujemy lekarza, i nigdy nie zwrócimy się do Tego, który może nie tylko uzdrowić, dać pokój i szczęście. Nie dlatego, że lekceważy grzech, nie dlatego, że go rozumie i akceptuje, ale dlatego, że go wybacza i daje nam szansę rozpoczęcia na nowo. Początkiem nawrócenia jest zawsze przyjęcie do wiadomości własnej grzeszności... I wyruszenie w drogę z Egiptu własnego zniewolenia.
Ale, żeby to zrobić, to trzeba najpierw dostrzec, że jakiś problem w ogóle istnieje, że my też jesteśmy grzesznikami, i że potrzebujemy wyprowadzenia ze zniewolenia grzechem ku wolności. Bez dostrzeżenia w sobie grzesznika, bez uświadomienia sobie, że jednak jestem beznadziejny, słaby, nie ma odkrycia Bożej Miłości, która uświadamia mi, że mimo wszystko, mimo tego jaki jestem, jestem kochany! Bóg nie kocha mnie dlatego, że jestem super (a czasem mam wrażenie, że część kaznodziejów serwuje nam taki przekaz), ale pomimo wszystkich moich upadków, i dlatego, ze widzi we mnie nie to, co jest z obrazem Bożym zrobiłem, ale to, kim On chce mnie widzieć.
Straszliwe konsekwencje grzechu
Grzech, nawet ten odpuszczony, o czym często się zapomina, nie rozpływa się w powietrzu, nie przestaje istnieć, ale nadal oddziałuje. I przypomina o tym, wcale nie jakiś frondysta, ale wydawany przez dominikanów, znakomity niemiecki teolog Gerhard Lohfink, trwa. „Grzech nie rozwiewa się w powietrzu, nawet gdy został odpuszczony. Grzech nie ogranicza się bowiem do grzesznika. Grzech ma skutki, posiada zawsze wymiar społeczny. Każdy grzech wtapia się w ludzką wspólnotę, psuje kawałek świata” - zauważa niemiecki teolog.
Świetnie widać to na przykładzie „spektakularnych” grzechów, choćby aborcji. Dzieci, które zostały zamordowane przed narodzinami już nigdy nie zostaną zeewangelizowane, dar dla świata, jakim były, nie zostanie zrealizowany. A ich matki i ojcowie nie tylko zniszczyli kawałek siebie, i nie tylko będą cierpieć, ale też nie otrzymają kawałka dobra, jaki mogli światu dać. Wybaczenie – choć, dzięki Bogu, możliwe nie zmieni tej wyrwy, nie zapełni braku nowego świata, jakim byłyby te dzieci. Zdrada, nieczystość, choć mogą być wybaczone, niosą ze sobą konsekwencje, jakie będziemy ponosić, i jakie ponosi świata. I nie ma co udawać, że jest inaczej, nie ma co przekonywać, że w istocie grzech nie ma znaczenia, bo przecież może być wybaczony. Może i jeśli tylko przypadniemy do Boga, będzie, ale konsekwencje naszych wyborów pozostaną.
I to samo dotyczy „drobniejszych” (cudzysłów jest tu absolutnie kluczowy, bo uświadamia, że w kwestach zbawienia nie ma rzeczy drobnych) kwestiach, o których wciąż na nowo przypomina nam Ojciec święty, z obmową, obgadywaniem, plotkowaniem... Konsekwencja tych grzechów pozostają, ich skutki niszczą świata, ale i nasze życie, a także narażają nasze zbawienie. Każdy z nas wciąż na nowo staje wobec tej świadomości.
Uznać bezsilność
I dopiero, gdy sobie to – w mniejszym lub większym stopniu uświadomimy (oczywiście są także ludzie, którzy mają głębokie poczucie braku wartości i w ich przypadku konieczne jest inne duszpasterstwo, inne prowadzenie) – zaczyna się droga do Boga. Prawo bowiem, i tu nie ma najmniejszego sporu, nie zbawia. Jedynym Zbawicielem jest Chrystus, który ofiarowuje nam swoją łaskę. Darmo, bez najmniejszej naszej zasługi, wbrew wszystkiemu, co zrobiliśmy. Ale nawet w tym miejscu prawo się przydaje, bo przez nie przychodzi „większa znajomość grzechu” (Rz 3,20), a co za tym idzie większa świadomość własnej bezsilności, które rodzi – jak w Dwunastu krokach – świadomość, że trzeba oddać ją Komuś innemu.
A gdy już zawierzę, porzucę przekonanie, że sam mogę cokolwiek zrobić, wówczas znowu zaczyna się rola prawa (czyli owego słynnego kodeksu karnego, do którego nawiązuje Szymon). „Człowiek, powołany do szczęścia, ale zraniony przez grzech, potrzebuje zbawienia Bożego. Pomoc Boża zostaje mu udzielona w Chrystusie przez prawo, które nim kieruje, i przez łaskę, która go umacnia” - wskazują autorzy Katechizmu Kościoła Katolickiego. Prawo wskazuje mi drogę, uświadamia, gdzie ma zmierzać, i jak żyć.
Kodeks i list u św. Pawła
I na koniec, mam wrażenie, że tu się z Szymonem zgodzimy, jednym z najpiękniejszych hymnów Bożej Łaski jest List św. Pawła do Rzymian. I właśnie ten tekst rozpoczyna się nie od wyrazów zrozumienia dla grzeszników, nie od przekonywania, że trzeba „zrozumienia dla ich pragnień”, ale od jasnej oceny sytuacji... „Albowiem gniew Boży ujawnia się z nieba na wszelką bezbożność i nieprawość tych ludzi, którzy przez nieprawość nakładają prawdzie pęta. To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty - wiekuista Jego potęga oraz bóstwo - stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy. Ponieważ, choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce. Podając się za mądrych stali się głupimi. I zamienili chwałę niezniszczalnego Boga na podobizny i obrazy śmiertelnego człowieka, ptaków, czworonożnych zwierząt i płazów. Dlatego wydał ich Bóg poprzez pożądania ich serc na łup nieczystości, tak iż dopuszczali się bezczeszczenia własnych ciał. Prawdę Bożą przemienili oni w kłamstwo i stworzeniu oddawali cześć, i służyli jemu, zamiast służyć Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki. Amen. Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi” (Rz 1, 18-28) - wskazywał św. Paweł.
A potem ostro uderzył i nas, którzy jesteśmy przekonani, że po potępieniu „tamtych” możemy już spać spokojnie, bo nam ich los nie grozi. „Przeto nie możesz wymówić się od winy, człowiecze, kimkolwiek jesteś, gdy zabierasz się do sądzenia. W jakiej bowiem sprawie sądzisz drugiego, [w tej] sam na siebie wydajesz wyrok, bo ty czynisz to samo, co osądzasz. Wiemy zaś, że sąd Boży według prawdy dosięga tych, którzy się dopuszczają takich czynów. Czy myślisz, człowiecze, co osądzasz tych, którzy się dopuszczają takich czynów, a sam czynisz to samo, że ty unikniesz potępienia Bożego? A może gardzisz bogactwem dobroci, cierpliwości i wielkoduszności Jego, nie chcąc wiedzieć, że dobroć Boża chce cię przywieść do nawrócenia?” - dodaje św. Paweł.
A w jego słowach nie ma pluszu. Są jasne i mocne wymagania, ostre słowa o grzechu, które prowadzą do stwierdzenia, że ostatecznie jedyną naszą nadzieją jest Pan...
Tomasz P. Terlikowski
PS. A na koniec zastrzegam, że nie wątpię, że i Szymon podziela większość z tych uwag. Jeśli coś nas różni to, co najwyżej rozłożenie akcentów w głoszeniu. Rozłożenie, które nie jest przeszkodą ani problemem, ale różnorodnością wewnątrz Kościoła.
