„Jeżeli płacicie ludziom za to, że nie pracują, a każecie im płacić podatki gdy pracują, nie dziwcie się, że macie bezrobocie” - Milton Friedman
Kartkę z tym cytatem wypisanym wielkimi wołami powinien sobie nad łóżkiem zawiesić każdy polityk zasiadający w Sejmie, Senacie czy innym „ciele”, którego zadaniem jest stanowienie prawa. To jedno zdanie ukazuje cały absurd współczesnego systemu podatkowego, który karze za pracowitość a nagradza za lenistwo. Niestety, nawet gdyby wszystkie poselskie i senatorskie sypialnie wytapetować słowami profesora Friedmana niczego by to nie zmieniło. Likwidacja podatku dochodowego, czyli najbardziej niesprawiedliwego z narzucanych przez państwo haraczy, nie wchodzi w grę z kilku co najmniej przyczyn:
-
Państwo, a ściślej reprezentujący je politycy, lubią wszystko i wszystkich kontrolować. Podatek dochodowy generuje wymóg corocznego spowiadania się ze swoich dochodów przed surowym obliczem urzędnika skarbowego. Daje to państwu wiedzę, której pożąda niczym pijak klina, o naszych zarobkach i o tym, kto nam zarobić dał. Służy to tylko jednemu – gromadzeniu niepotrzebnych informacji na pożytek urzędników, którzy dzięki nim mają pracę. Jest to klasyczny przykład biurokracji, która w pewnym momencie zaczyna napędzać sama siebie i jest potrzebna tylko sobie samej. Gdyby zlikwidować haracz w postaci podatku dochodowego wszyscy ci gromadzący dane o naszych zarobkach urzędnicy staliby się całkowicie zbędni, straciliby rację bytu i niezły dochód. Oni nigdy nie pozwolą na taką zmianę przepisów podatkowych, która zmusiłaby ich do rezygnacji z ciepłych posadek i zabrania się za uczciwą robotę. Nie pozwoli też minister finansów, nie tylko Jacek Vincent Rostowski, żaden minister finansów wywodzący się z partii zasiadających w obecnym parlamencie nie zgodzi się na utratę kontroli nad dochodami obywateli bo wraz z nią utraciłby władzę nad ich portfelami.
-
Podatek dochodowy pozwala tworzyć różnego rodzaju luki prawne zwane ulgami podatkowymi. Pozwalają one manipulować wyborcami, obiecywać im złote góry, ułatwienia, udawać troskę i dzielić na lepszych – którym się owe ulgi należą, i gorszych – którym się nie należą. W ten sposób można zdobywać głosy całych grup społecznych i wygrywać wybory. Weźmy taki przykład: któryś z polityków w spocie przedwyborczym zakrzyknie z entuzjazmem „Głosujcie na nas! Jeżeli wygramy pozwolimy Wam odliczyć od dochodu wszystkie rachunki za internet!”. I co? I wielu ludzi, zwłaszcza młodych, chwyci przynętę wraz z całym haczykiem nie zdając sobie sprawy, że zaoszczędzą parę groszy zupełnie niezauważalnych w skali domowego budżetu. Gdyby nie było podatku dochodowego takie chwyty byłyby po prostu niemożliwe. Muszę tutaj zauważyć jeszcze jedną, moim zdaniem zupełnie idiotyczną, prawidłowość. Otóż ludzie znacznie głośniej oburzają się kiedy rząd chce odebrać im jakąś ulgę podatkową niż wtedy, gdy chce podatki realnie podnieść. Tak było właśnie z ulgą internetową, którą Platforma skasowała – mnóstwo młodych ludzi pyskowała i krytykowała Donalda Tuska i jego chłopców. A kiedy podnoszono VAT na książki czy dziecięce ubranka wokół panowała niemal idealna cisza. Sytuacja dla mnie całkowicie nieprawdopodobna i zdumiewająca.
-
Podatek dochodowy pozwala kontrolować ludzkie zarobki i ograniczać nadmierne bogacenie się obywateli. Służy temu kuriozum w postaci progów podatkowych, które są jawnym pogwałceniem zasady równości wobec prawa. Dlaczego na ten przykład ja mam płacić mniejszy (procentowo) podatek od takiego Tomasza Lisa, który (dzięki sprytowi, wiedzy, ciężkiej pracy, bezczelności czy umiejętności odpowiedniego spożytkowania wazeliny – to akurat bez znaczenia) potrafi lepiej mnożyć swój kapitał? Dlaczego Tomasza Lisa państwo karze za to, że jest bardziej zaradny niż inni? Czy zaradność to przestępstwo? Gospodarza programu własnego imienia wymieniłem tylko dlatego, że jest znany ze swoich wysokich zarobków co – PODKREŚLAM! - nie jest zarzutem, wręcz przeciwnie. Jak powiedział Mariusz Max Kolonko w jednym z wywiadów – „jeszcze nigdy nikt biedny nie dał mi pracy”. Skoro biedni pracy nie dają a bogaci tak, to dlaczego państwo tych bogatych prześladuje? Odpowiedź jest prosta – bo w interesie państwa totalitarnego (a takim powoli staje się nasz kraj pod rządami socjalistów różnych denominacji) jest to, by biednych było jak najwięcej. Biednymi łatwiej rządzić, są bardziej podatni na wszelkiego rodzaju zakazy i nakazy. Strach przed utratą pracy, kiepskiej bo kiepskiej, jest silniejszy niż potrzeba zrzucenia jarzma.
-
Ostatni punkt jest najprostszy. Otóż nasi politycy zwyczajnie nie wyobrażają sobie innego systemu podatkowego. Danina w postaci podatku dochodowego zawsze była i wydaje się im, że tak już musi pozostać na zawsze. Oni są niezdolni do zmian, czego dowodzą wszystkie czynione od „przełomu” w '89 roku próby reform. Próby całkowicie nieudolne, które zawsze poczyniły więcej szkody niż pożytku. Po prostu ludzie rządzący naszym krajem mentalnie żyją jeszcze w PeeReLu a jak przed laty pisał nieodżałowanej pamięci Andrzej Waligórski w swoim utworze p.t.: „Prywatyzacja”: „(...) bo lepiej stać się z tygrysa glistą, niż z socjalisty kapitalistą(...)”. Żeby jakiekolwiek zmiany były możliwe musi nie tyle może wymrzeć, ale odejść na zasłużoną emeryturę pokolenie polityków przesiąkniętych do szpiku kości minioną epoką.
Zapyta zapewne ktoś z szanownych Czytelników - „no dobra, wszystko to piękne, ale co w zamian? Przecież państwo musi się z czegoś utrzymać.”. Otóż nic w zamian. Mamy podatki pośrednie, VAT, akcyzę i tak dalej. To wystarczy w zupełności. Powiem tylko krótko: gdyby udało się zlikwidować podatek dochodowy natychmiast znacznie wzrosłyby dochody z tytuły VAT-u właśnie a to z racji tej, że wzrosłaby konsumpcja. Podatki pośrednie są, jestem o tym głęboko przekonany, znacznie sprawiedliwsze od bezpośrednich. Ale to, jak napisał w swojej słynnej powieści Rudyard Kipling, zupełnie inna historia.
Alexander Degrejt
