Jedną z postaci powieści jest Rosa, spec od manipulowania społecznymi nastrojami, który pracuje dla Przybysza, cynicznego polityka, modnego w „warszawce”. Przybysz mówi sam o sobie: „Byłem chrześcijańskim liberałem. Teraz jestem antyreligijny. […] Wszyscy mają jakieś uzasadnienie. Ostateczną miarą rzeczy jest sukces. Prostaczkowie pytają: w co wierzysz? Odpowiadam: w sukces… […] Jeśli mnie wybierają – mam rację”. Rosa pomaga Przybyszowi w staniu się ulubieńcem głównych mediów. Tłumaczy, że tym celu trzeba mówić to, co media chcą usłyszeć, tak aby dziennikarze, celebryci mogli utwierdzać się w swym poczuciu wyższości… Trzeba – tłumaczy Rosa – „mieć parę zapadających w ucho formułek, które medialne bubki są w stanie powtórzyć”.
Przybysz z Rosą kombinują, jak wykorzystać „obrońców krzyża” na Krakowskim Przedmieściu. Zręcznie inspirują szemrane towarzystwo z lokalu „Przekąski, zakąski”, znajdującego się niedaleko krzyża, aby „robili sobie jaja” pod hasłem „Jest krzyż, jest impreza!”. Panowie po kilku głębszych wyklinają modlące się starsze panie, sikają na znicze. Rosa podpowiada, że trzeba zorganizować większą imprezę, zmobilizować młodych, którzy wydrwią, zaatakują krzyż. „Trzeba – stwierdza spec od PR-u – jakiegoś cwanego bubka, który sprzeda im zabawę pod hasłem zaangażowania”, uruchomi facebooka. Zaprzyjaźnione media natomiast nagłośnią całą sprawę i sprzedadzą pod hasłem: „Młoda, optymistyczna Polska nie zgadza się na grę krzyżami, dyktaturę zabobonu”. Przybysz zauważa, iż krzyże z puszek od piwa i ukrzyżowane misie nie wystarczą, że trzeba jeszcze „znaleźć kogoś, wiernego katolika, który ogłosi, że to, co dzieje się pod pałacem, to bluźnierstwo”. Politykowi nie chodzi tylko o sprawę smoleńską. Przyjaciele z pewnej fundacji europejskiej podpowiadają mu bowiem, że być może to jest właśnie czas, aby wzmocnić batalię o zlaicyzowanie Polski, tak aby ludzie uświadomili sobie, że nie tylko nie chcą pamiętać o Smoleńsku, ale że „nie chcą świętować żadnych tragedii, zwłaszcza w chrześcijańskim rytuale. Chcą zerwać pęta narodu i religii”.
Co do wspomnianych śmierci, to wszystko wskazuje na to, że były to morderstwa, i że bezpośrednio jest w nie wplątany modny artysta, syn sławnego pisarza, Starowina. Rzetelne śledztwo próbuje prowadzić policjant, Tatar. Tymczasem Starowin, ojciec, skarży się Przybyszowi i jego doradcy: „Resentyment i agresja narastają. Mój syn staje się jej obiektem, bo mnie jednak obawiają się ruszyć”. Polityk oburza się niecnym postępowaniem „małych ludzi” i oferuje pomoc w załatwieniu sprawy, ale pisarz-autorytet zapewnia, iż nie trzeba, gdyż „sam też ma jeszcze parę znajomości”.
Jedną z zamordowanych osób jest kobieta, w której kochał się Rosa. To sprawia, że spec od manipulacji społecznych zaczyna się łamać, pytać o głębszy sens i prawdę. Ostatecznie porzuca współpracę z Przybyszem, któremu tłumaczy: „To ja budzę swoje obrzydzenie, ale nie chcę już, nie będę kontynuował tego samego”. W rozmowie ze śledczym Tatarem stwierdza: „Ja do piaru nie wrócę, mam dość oszukiwania ludzi”. Policjant zaś, któremu odbierają śledztwo i wysyłają na przymusowy urlop, zauważa: „Tamte gadziny zrzuciły skóry dwadzieścia lat temu, ale nie zmieniły swoich przyzwyczajeń i najważniejszego przeświadczenia, że łajdactwo popłaca”. Powieść nie jest jednak pesymistyczna. Ostatecznie budzi pragnienie zmagania się o prawdę, nawet jeśli miałoby to sporo kosztować. Bo łajdactwo tak naprawdę szczęścia nie przynosi.
(tekst opublikowany w tygodniku "Idziemy")
eMBe (fot. Fakt.pl)
