To był wielki pontyfikat. Wielki w sensie wierności Ewangelii i posłannictwa. Jestem pełen podziwu dla wiary i mądrości Benedykta XVI. To było osiem wyjątkowych lat. Myślę, że jego posługiwanie to był czas takiej niesamowitej łaski, bo wobec różnych zagrożeń i pokus pokazał moc, która pochodzi od Boga. Można powiedzieć, że trwał jak skała.
Dla mnie, jako kapłana, szczególna ujmująca w pontyfikacie Benedykta XVI była taka szczera postawa, którą można by nazwać Verus Israelita. Ojciec święty to człowiek wielkiej wiary i modlitwy, ale także ascezy. A jednocześnie człowiek bardzo mądry – jego nauczanie jest oparte na mądrości prześwietlonej Ewangelią. Wszystkie jego wypowiedzi, to co robił, jednoznacznie stawiało go w pozycji wielkiego świadka ewangelicznego radykalizmu.
Ojciec Święty nie próbował niczego robić sztucznie, na siłę. Mnie osobiście bardzo podobało się to, że nie próbował powielać swojego poprzednika. Był po prostu we wszystkim sobą, tak jak czuł, widział. Szkoda, że odchodzi, ale z drugiej strony, spodobało mi się to, co niedawno usłyszałem. Ktoś powiedział, że Jan Paweł II miał kard. Ratzingera, a Benedykt XVI nie ma nikogo, kto by stanął za nim tak mocno, jak on stawał za swoim wielkim poprzednikiem. Dlatego uznał, że czas odejść, by Pan Bóg dał kogoś, kto będzie sprawniejszy, silniejszy, młodszy.
Z ogromnym szacunkiem chylę czoła przed Benedyktem XVI. Tak, jak dla mnie Jan Paweł II był święty, od razu po śmierci okrzyknięty świętym przez wielu wierzących, tak samo Benedykt XVI zasługuje na to miano. Krzyczałbym "Santo subito!".
Not. Marta Brzezińska
