W sprawie odezwał się nawet Adam Michnik. Pisząc o pomysłach węgierskiego rządu na publiczny ład medialny, porównał je ze sposobem sprawowania władzy przez Aleksandra Łukaszenkę na Białorusi, a ponadto stwierdził, że „godzą one w państwo prawa, niszczą demokrację i deprawują społeczeństwo”. „Gazeta Wyborcza” przytoczyła przykłady działania Rady ds. Mediów, która zakazuje emisji wulgarnych piosenek przed godziną 21:00 oraz nie godzi się na ostrą krytykę rządu Orbana.
Dlaczego przywódca demokatycznego państwa zbiera aż takie cięgi od zachodnich polityków i komentatorów?
46-letni przewodniczący partii Fidesz ukończył prawo, pracę magisterską poświęcając Polsce, a konkretnie ruchom społecznym w naszym kraju. Pierwszy raz został premierem w 1998 roku i mimo, że cztery lata później, w kolejnych wyborach jego partia również odniosła zwycięstwo, to musiał oddać władzę na rzecz koalicyjnego rządu socjalistów z liberałami.
Orban po ośmioletniej przerwie wrócił do władzy w 2010 roku, deklasując w wyborach skompromitowanych socjalistów. Fidesz rozgromił konkurentów, zdobywając ponad połowę oddanych głosów i 2/3 mandatów w parlamencie. Nowy węgierski rząd posiada największe w Europie zaplecze parlamentarne złożone z posłów jednego ugrupowania. Orban od razu zabrał się do realizacji swojej wizji państwa, przemian ustrojowych, a także sprzątania po wieloletnich rządach socjalistów, którzy doprowadzili Węgry na skraj bankructwa.
Początkowo wszyscy bili mu brawo – zapowiedzi cięć w administracji i ograniczenia liczby ministerstw zyskały poklask na Węgrzech, a także w prawie całej Europie. Schody zaczęły się później, a pomysły Orbana zaczęto porównywać do idei polskiej IV Rzeczypospolitej. Wszystko przez 'konserwatywną rewolucję', jaką na Węgrzech postanowił wprowadzić węgierski premier.
Zaczęło się od ustawy medialnej. Zgodnie z nią od 1 stycznia działa na Węgrzech zdominowana przez rządzący Fidesz Rada ds. Mediów, która kontroluje treść publikacji prasowych i programów telewizyjnych oraz może nakładać wysokie grzywny na redakcje. W założeniu ma ona służyć zapewnieniu równego dostępu do mediów różnym siłom politycznym, gdyż do tej pory przewagę miały tam środowiska lewicowe. [tu przyda się zasięgnąć języka – U. Kovacs, ktoś jeszcze].
Innym pomysłem węgierskiego rządu Fidesz jest nowelizacja konstytucji, w której według pierwszych zapowiedzi ma się znaleźć odwołanie do Boga, a także prawna ochrona życia ludzkiego już od poczęcia. Fidesz zapowiedział też zmianę w ustawie zasadniczej, która ma ograniczyć uprawnienia Trybunału Konstytucyjnego. Ten bowiem nie chciał się zgodzić na wprowadzenie wysokiego, 98-procentowego podatku od wysokich odpraw dla urzędników państwowych.
Dodatkowo Orban prowadzi bardzo ciekawą politykę gospodarczą. Aby ograniczyć ogromny deficyt budżetowy pozostawiony w spadku przez podprzednią ekipę, nie tylko zabrał się do cięć wydatków (głównie w sferze administracyjnej), ale także do podnoszenia podatków dla instytucji finansowych. Z drugiej strony zdominowany przez jego partię parlament uchwalił wprowadzenie niskiego, liniowego podatku PIT, który ma wynosić 16%. Zmniejszył także podatek CIT, który obniżono z dziewiętnastu do dziesięciu procent, a który odciąża przede wszystkim drobnych przedsiębiorców i pracowników najemnych. Tę strategię można nazwać swoistym „liberalizmem małego człowieka”.
Jak widać, postawa premiera Węgier nie jest jednoznacznie negatywna. Dlaczego tak się dzieje, że zachodnie media tak negatywnie do niego podchodzą? Swoją odpowiedź na to pytanie ma publicysta Piotr Semka. - Podobne działania (do Orbana - przyp. red.) podejmuje socjalistyczny premier Hiszpanii Jose Luis Zapatero, który uważa, że mocna legitymacja wyborców daje mu prawo do przeprowadzenia obyczajowej rewolucji. Zapateryzm jednak Europa uznaje za wewnętrzną sprawę Hiszpanii, ale już konserwatywna rewolucja Orbana wprowadza zachodnią lewicę w stan drżenia – pisze na swoim blogu na stronie internetowej „Rzeczpospolitej”.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »
