Jeżeli matce jest wolno zabić własne dziecko, cóż może powstrzymać Ciebie lub mnie byśmy się nawzajem nie pozabijali?
Próbowałem odpowiedzieć sobie na to pytanie, zadane kiedyś przez Matkę Teresę i nie potrafiłem. Często do tych rozważań wracam, zwłaszcza na przetaczającej się co i rusz fali dyskusji o dopuszczalności aborcji i eutanazji. Ich zwolennicy podnoszą setki różnych argumentów, powodów dla których matki powinny mieć prawo zabijania swoich dzieci czy dobijanie ludzi chorych jest dobrodziejstwem. Za każdym razem rodzi mi się w głowie pytanie: dlaczego ja w takim razie nie mam prawa wziąć solidnego młota i wybrać się z wizytą do sąsiada, który po raz kolejny przebalował całą noc nie dając mi spać? Pytanie zadane przez świętą z Kalkuty można przecież odwrócić: „jeżeli dziecko może zabić swoich rodziców...” co praktykuje się w wielu postępowych krajach Europy, to dlaczego ja nie mogę pomóc odejść z tego padołu łez męczącemu sąsiadowi?
Jakość życia
Zwolennicy zabijania nienarodzonych, chorych i starych jak mantrę powtarzają argument o jakości życia człowieka. Problem w tym, że tej jakości nikt jeszcze nie zdefiniował i nigdy nie zdefiniuje. Nie ma odpowiednich instrumentów pomiarowych, nie ma skali na której można by ją mierzyć. Można jedynie „na oko” stwierdzić według bardzo subiektywnych kryteriów czy czyjeś życie będzie spełniało „normy jakościowe” czy też nie. Rodzi się oczywiste pytanie: jakie to będą normy? Czy profesor Stephen Hawking je spełnia? Człowiek sparaliżowany, poruszający się na wózku inwalidzkim, całkowicie zależny od osób trzecich? A jeżeli tak, to dlaczego nie spełnia ich dziecko ze zdiagnozowanym zespołem Downa?
Odpowiedź jest prosta. Profesor Hawking bardzo wiele wniósł do rozwoju nauki, wszyscy korzystamy z jego osiągnięć, jest postacią wybitną. A dzieciak z Downem? Cóż, w najlepszym wypadku nie będzie przeszkadzał. I w tym momencie staje się jasne, że nie chodzi o żadną „jakość życia”, ale o prawo do niego. Prawo przysługujące wybranym, których utrzymywanie przy życiu będzie się opłacać. Zupełnie jak w przypadku hodowli nierogacizny czy bydła: przeżywają te osobniki, które w przyszłości przyniosą korzyść hodowcy. W końcu nie po to trzyma się tucznika by żarł, ale byśmy sami go zeżreć mogli. Kryteria zysku oczywiście mogą być bardzo różne, jedno jest tylko niezmienne: sprowadzenie człowieka do roli niewolnika elit. Bo to one zysk ciągnąć będą. Do pracy, do gazu, dokładnie tak samo jak w nazistowskich obozach śmierci. Kto wylegitymuje się odpowiednią „jakością życia” zostanie dopuszczony do pracy, a reszta...
Powróćmy jednak jeszcze na moment do argumentu jakościowego głoszonego z zapałem przez zwolenników śmierci na życzenie. O jakość czyjego życia głównie się rozchodzi? Dziecka obarczonego wadą genetyczną czy może matki, która będzie się musiała nim opiekować? Staruszka z chorobą alzheimera czy jego rodziny? Może najwyższy czas nazwać rzecz po imieniu: pozbyciem się zajmującego czas kłopotu? Nie zmieni to co prawda zbrodniczego charakteru procederu, ale znacznie przybliży nas do prawdy...
Eugenika
Kiedy w lipcu 1956 roku na „prośbę” towarzyszy radzieckich wprowadzono w Polsce ustawę aborcyjną ówczesny poseł Edmund Osmańczyk stwierdził z sejmowej trybuny, że dopuszczalność zabijania nienarodzonych nie wpłynie na sytuację demograficzną kraju, a zmniejszy jedynie „liczbę cherlaków”. Wpisuje się to dokładnie w eugeniczne eksperymenty nazistów, którzy cherlaków eliminowali jako element rasowo nieczysty. Oczywiście komunistom pojęcie rasowej czystości było obce, jednakże przedstawiali oni wizję świata zaludnionego silnymi, młodymi ludźmi, którzy z radością i uśmiechem na ustach budują świetlaną przyszłość i ziemski raj dla ludu pracującego miast i wsi. Nie było w nim miejsca dla osobników słabych, przodownik pracy musiał przecież wyrobić normę. Ba! On musiał ją przekroczyć. Dla chuderlaków miejsce było na zgniłym zachodzie a nie w mlekiem i miodem płynącej krainie socjalistycznego szczęścia. Oczywiście w tamtych czasach nikt głośno nie mówił o eugenicznym charakterze aborcji, zbyt świeża była pamięć o wyczynach nazistów podczas niedawnej wojny.
Czasy się jednak zmieniają, pamięć ludzka jest zawodna i dziś już wiele środowisk mówi wprost o eliminacji ludzi, u których występują niepożądane cechy czy wady wrodzone. Bo jak inaczej niż eugeniką nazwać zabijanie ludzi w prenatalnej fazie rozwoju, u których zdiagnozowany został zespół Downa czy inna wada genetyczna? W wielu krajach Europy takie dzieci przestały się rodzić, usuwa się je dokładnie tak samo jak usuwa się wadliwy produkt z fabrycznej linii wytwórczej. Człowiek przestał być podmiotem a stał się przedmiotem, tylko ten doskonały ma szansę trafić do ostatecznego odbiorcy (w tym wypadku rodziców).
Najlepszym przykładem praktycznego zastosowania eugeniki we współczesnej „medycynie” jest zapłodnienie pozaustrojowe. W technice In Vitro specjalnie tworzy się ponadnormatywne zarodki by później móc wybrać te, które mają pożądane cechy. Reszta – do gazu, znaczy do ciekłego azotu. Człowiek staje się produktem, wytworem, całkowicie odpodmiotowionym tworem wielkiego przemysłu, za którym stoją gigantyczne pieniądze. Analogia z Trzecią Rzeszą sama pcha się na usta (i klawiaturę)...
Prawo
Zwolennicy aborcji na życzenie dowodzą, że płód ludzki we wczesnej fazie rozwoju nie jest człowiekiem, albo – kiedy już stracą grunt pod nogami przygnieceni miażdżącym argumentem o DNA definiującą przynależność gatunkową – że nie jest ludzką osobą, nie przysługują mu te same prawa co osobie zatem nie przysługuje mu też prawo do ochrony życia. Dowód żywcem wzięty z ideologicznego podręcznika SS-mana, w którym też dowodzono, że Żyd człowiekiem w ścisłym tego słowa znaczeniu nie jest, można go zatem eksterminować bez wyrzutów sumienia i w zgodzie z obowiązującym prawem.
Prawo do śmierci, prawo do własnego brzucha, prawo reprodukcyjne, prawa człowieka... wszyscy mają do czegoś prawo, pozbawieni są jedynie tego najbardziej elementarnego, przysługującego (do niedawna) każdej ludzkiej istocie – prawa do życia. Żyjemy zaiste w hegemonii praw, tylko co z tego? Niemieccy naziści też zasłaniali się prawem, które sami uchwalili, kiedy wpychali „podludzi” do gazowych komór Auschwitz, Sachsen Hausen, Majdanka, Treblinki. Otrzymali je, albo raczej mandat na jego tworzenie, w demokratycznych wyborach trzydziestego szóstego roku. Dziś w takich samych głosowaniach wygrywają parlamentarne miejsca ich spadkobiercy, wyznający takie same ideały piewcy praw. Wtedy skończyło się to koszmarem II Wojny Światowej i piekłem zgotowanym milionom ludzi, jak się skończy dzisiaj? Obyśmy nie musieli przekonywać się na własnej skórze...
Aleksander Degrejt

