„Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre zwierzęta są równiejsze od innych” - chciałoby się powtórzyć za Orwellem, który zapewne nie zdawał sobie sprawy, że jego tragifarsa to niemal kompletna wizja świata na początku XXI stulecia. Kiedy, będąc jeszcze smarkaczem, czytałem „Folwark zwierzęcy” byłem przekonany, że odnosi się on do minionej epoki błędów i wypaczeń, że to już za nami i teraz już może być tylko lepiej. „Solidarność” zwyciężyła, Lech Wałęsa był prezydentem, sklepowe półki uginały się od towarów i nikt już nie gonił z pałą człowieka rozdającego na ulicy ulotki. Jak bardzo się myliłem zrozumiałem dopiero niedawno, oskarżony o faszyzm, rasizm, nietolerancję i homofobię tylko dlatego, że jestem katolikiem, konserwatystą i patriotą wyznającym tradycyjne wartości, że nie chcę uznać przebranego w damskie fatałaszki faceta za kobietę, że nie chcę zgodzić się na to, by dwóch facetów mogło wziąć ślub i adoptować dzieci. Okazało się, że jestem mniej równy od innych i powinienem zamilknąć, bo pałam nienawiścią do ludzi, którzy przecież mają prawo żyć jak chcą i być kim chcą.

 

Ale nie to jest moim największym grzechem, największą przewiną wobec zasad panujących w Nowym, Wspaniałym Świecie, który czci nie Forda, ale jakiegoś hedonistycznego bożka postępu żywiącego się krwią, wysysającego życie ze wszystkiego, czego się tknie. „Kiedy zostałeś wybutlowany?” - pada pytanie w książce Aldousa Huxleya, a ja nie zgadzam się by ludzie powstawali w szkle. „Żadne zwierzę nie zabije innego. Bez powodu” - napisał knur Napoleon na ścianie obory, a ja protestuję, gdy ludzie szukają powodów do zabicia dziecka w łonie matki czy chorego staruszka w szpitalu. Nie chcę się zgodzić na świat, w którym moralność jest relatywna, etyka szuka usprawiedliwień dla zbrodni a politycy dla stołków zamkną każdą podłość w kartach ustawy. Nie chcę żyć w świecie ludzi bez poglądów, klepiących bezrefleksyjnie wtłoczone medialnie do głów formułki, nie szukających prawdy i nie wyznających żadnych wartości, gdzie zło w tęczowym makijażu udaje świętego a Bóg z połamaną aureolą kryje się w najciemniejszym zakątku lamusa.

 

Wyszedłem od wybiórczej tolerancji i pomieszałem Orwella z Huxleyem, ale tak właśnie wygląda współczesny świat, taka jest narzucana nam rzeczywistość. Rządzeni przez świnie, warunkowani medialnie według z góry ustalonego wzorca powoli zapominamy, że człowiek to coś więcej niż tylko pragnienia i żądze, że oprócz ciała mamy jeszcze i ducha a obok wiedzy pamięć i tożsamość. Bez nich jest tylko kupą mięcha, gadającym zwierzakiem nieco lepiej przystosowanym do panowania nad innymi. Ale właśnie takim ma być, bezrozumnym frajerem, którego można przenicować na lewą stronę i wtłoczyć do łba każdą bzdurę. Kobieta – mężczyzna, ryba – mięczak, warzywo – owoc, zwierzę – człowiek, dziś to wszystko traci znaczenie, staje się względne, encyklopedyczne definicje tracą wartość przywalone biurokratycznymi dyrektywami wymyślanymi przez cwaniaków dla zaspokojenia chwilowych potrzeb potężnych mocodawców. „Prawda jest groźna, a nauka stanowi zagrożenie publiczne” - pisał Huxley. Każdy, kto próbował dyskusji na argumenty z ideologami nowej, światowej religii wie ile prawdy kryje się w tych słowach.

 

Współcześni „władcy marionetek” promujący multikulturalność i tolerancję dla odmienności paradoksalnie doprowadzają unifikacji wszystkich ze wszystkimi, do standaryzacji myśli i przekonań, do zatarcia różnic i stworzenia jednolitego społeczeństwa bezwolnych osłow. Pamięta ktoś ostatnie zdanie „Folwarku zwierzęcego”? Niech ono będzie pointą, bo nic chyba lepiej nie odmaluje obrazu świata, w którym przyszło nam żyć.

 

„Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim.”


Alexander Degrejt