Po ośmiu latach rządów PO-PSL, które osłabiły państwo w wymiarze zewnętrznym i wewnętrznym do władzy wraca Obóz Patriotyczny. Nadzieje Polaków są olbrzymie. Należy zastanowić się jak ich nie zawieść. Owe nadzieje nie są „monotematyczne”. Oczywiście dużo wyborców głosowało na Prawo i Sprawiedliwość, widząc w tym sposób na lepsze życie, wyższe płace, większe świadczenia socjalne, w tym zasiłki rodzinne ‒ skądinąd mówiono mi jak olbrzymie znaczenie poza dużymi miastami miał pomysł „500 złotych na dziecko”, bo przemówił on do wyobraźni naszych rodaków. To jasne, że ci ludzie będą oczekiwali realizacji tych obietnic, choć nie jest prawdą, że rozliczać będą z tego nową władzę już zaraz, natychmiast. Jednak, inaczej niż się powszechnie myśli, część wyborców poparła formację Jarosława Kaczyńskiego, bo chciała w Polsce świeżego powietrza. Bo miała dość arogancji władzy „Rzeczpospolitej kolesi”, „ośmiornic” i ośmiorniczek. Spora część odrzuciła 25 maja i 25 października koncepcję zatęchłego jeziora, bo chciała czystej rwącej rzeki. Niemała też część wyborców – też większa niż się to sugeruje ‒ byłaby nawet skłonna odłożyć, choćby i na koniec kadencji, realizację postulatów ekonomicznych, byleby tylko mieć poczucie, że u władzy są wreszcie patrioci, którzy chcą służyć Ojczyźnie, a nie ją „prywatyzować”, rozkradać niczym Sienkiewiczowski postaw sukna.
Zatem ważne są konkretne decyzje gospodarcze zmieniające polską rzeczywistość oraz dające nadzieję młodym Polakom na kariery w kraju, a nie poza jego granicami – ale również ważny jest styl uprawiania polityki, danie ludziom poczucia, że nie jest ona elementem rozgrywki koterii, ale służbą pro publico bono czy po prostu pro Patriae.
Polityka to twarde konkrety, ale też symbole i gesty. To też nominacje dla nowych ludzi władzy. No właśnie: nowych. To oczywiste, że wracają byli ministrowie czy wiceministrowie rządu PiS. Świetnie, bo to ludzie doświadczeni, którzy nie muszą uczyć się, jak być szefem resortu i podejmować decyzje doprawdy brzemienne w skutkach dla kraju. Ale będzie źle, jeśli niektórzy decyzyjni politycy w takim czy innym ministerstwie z osobistych czy jakichś środowiskowych względów zaproszą do współpracy kogoś symbolizującego inną epokę. Nie chodzi tu bynajmniej o civil servants, absolwentów KSAP-u, apolitycznych urzędników, którzy pracują niezależnie od zmieniających się rządów. Chodzi o ludzi, którzy przez lata przyssani do platformerskiego koryta padli ofiarą wewnątrzpartyjnych, frakcyjnych walk i od owego koryta zostali odcięci. Dziś chętnie ubiorą się w szaty męczenników rządu PO-PSL, choć przez lata byli jego i beneficjentami i trybikami zarazem. Takie tendencje słychać, widać i czuć. Oby nowa władza nie okazała się tu naiwna, bo spełni w ten sposób obraźliwe sugestie, że ci „nowi” są częścią starego systemu i że zmieniają tak, aby w gruncie rzeczy nic nie zmienić.
Wiemy, że intencje ludzi nowego rządu są jak najlepsze i szczerze patriotyczne. Rzecz w tym, by do realizacji wyzwań, które stoją przed Polską w gospodarce, kulturze, życiu społecznym, demografii, polityce historycznej wybierać ludzi gwarantujących DOBRĄ ZMIANĘ.
A tak bardzo konkretnie: gdy byłem Ministrem-Przewodniczącym Komitetu Integracji Europejskiej nie tylko podwoiłem budżet tego urzędu – to z perspektywy lat nie wydaje mi się najważniejsze – ale przede wszystkim przyjąłem do pracy około stu nowych ludzi (dziś jeden z nich został nawet wicepremierem). Część z nich została w administracji Państwowej Służby Cywilnej, dla części okres ten okazał się być po prostu ważnym okresem w życiu zawodowym i politycznym. Budowanie kadr dla Państwa Polskiego odbywa się przede wszystkim wtedy, kiedy jesteśmy u władzy ‒ a nie gdy czekamy na władzę, będąc w opozycji. Ten czas właśnie nadszedł. Z tego czy damy „nową jakość” personalną wyborcy też nas też rozliczą.
Ryszard Czarnecki
Nowe Państwo XII 2015
