Wielka Brytania, Islandia, Norwegia, Finlandia, Szwecja, Dania, Litwa, Łotwa i Estonia zacieśniają współpracę. Zdaniem ekspertów na północy Europy powstanie nowy sojusz – pisze "Rzeczpospolita". Czy sojusz ten ma szansę zmienić rozkład sił w Europie i zyskać większe znaczenie geopolityczne?
Przemysław Żurawski vel. Grajewski:
Kluczową sprawą w rozmowie o możliwościach współpracy tych państwa jest zaangażowanie Wielkiej Brytanii. Same państwa skandynawskie mają zbyt mały potencjał. Poza Dania i Norwegią są to dodatkowo kraje neutralne. Zainteresowanie Danii krajami bałtyckimi mnie nie dziwi. Od 1990 widać pewne zainteresowanie Danii tym obszarem. Duńczycy uczestniczyli nawet w budowie struktur wojskowych w tym regionie. Finowie są z kolei patronem Estonii w jej drodze na Zachód. Brytyjczycy natomiast jeszcze przed wejściem państw Bałtyckich do NATO byli obecni w nich w sensie militarnym, korzystali z tamtejszych poligonów. Stanowiło to zabezpieczenie polityczne i militarne dla tego regionu.
Rozumiem, że nowego protektora szukają obecnie Bałtowie. Poprzedni pomysł, funkcjonujący w regionie, czyli skupienie się wokół Polski – co było widoczne przy sporze Estonii z Rosją oraz wojnie gruzińskiej, przy obecnym rządzie w Warszawie jest zupełnie nierealny. Republiki Bałtyckie muszą więc szukać nowych sojuszników. Nie potrafię jednak wyjaśnić, dlaczego Brytyjczycy mieliby włączyć się w taki sojusz, dlaczego chcieliby wejść w potencjalny konflikt z Moskwą. W ewentualnym nowym sojuszu kluczowym czynnikiem jest natomiast Wielka Brytania, ponieważ jest jedynym mocarstwem. Nie wydaje mi się jednak, żeby obecnie istniała duża szansa na zaangażowanie Brytyjczyków nad Bałtykiem. Nie wiem, jakie mieliby interesy w tym regionie. Oczywiście informacja o nawiązaniu współpracy cieszy, ale należy poczekać na rozwój wydarzeń i okrycie większej ilości konkretów, które pokażą dlaczego ten projekt miałby się rozwijać.
Brytyjczycy nie bardzo angażują się również w Unię Europejską. Byłbym więc mocno zaskoczony – szczególnie przy obecnym rządzie torysowskim – gdyby motywacją do nawiązywania kontaktów z państwami bałtyckimi była chęć budowania jakiś koalicji na potrzeby rozgrywek wewnątrzunijnych. Wielka Brytania jest w UE siłą raczej studzącą nierozsądne inicjatywy, niż forsującą swoje projekty. Potencjał Litwy, Łotwy i Estonii – np. w kwestii siły głosu w Unii - nie wydaję mi się istotny. Państwa Skandynawskie też nie mają dużej siły głosów, byłbym więc bardzo zaskoczony, gdyby był to wynik gry unijnej. Pamiętajmy, że Brytyjczycy chcą ograniczać budżet Wspólnoty. Tymczasem wszystkie nowe państwa UE są zacofane i potrzebują wysokobudżetowanej polityki regionalnej, więc grają zupełnie odwrotnie.
Można powiedzieć, że ten sojusz jest sojuszem krajów spoza strefy euro. Większość z nich nie przyjęła wspólnej waluty. Jednak to nie jest żadna motywacja dla Brytyjczyków i Bałtów. Wielka Brytania nie chce bowiem przyjąć euro, a Bałtowie nie mogą. Obecnie nie jestem w stanie nakreślić żadnego scenariusza dla tego sojuszu. Przyszłość tego sojuszu leży w rękach Brytyjczyków. Oni muszą mieć w nim jakiś swój plan. Potencjał Bałtów jest niewielki. Wydaje się więc obecnie, że Wielka Brytania nie ma tu nic do ugrania.
Nie dziwię się Duńczykom, czy Szwedom – dla nich sprawa jest kwestią bezpieczeństwa. Jeśli są tam dobrzy analitycy, to myślą w ten sposób, w jaki powinni myśleć polscy eksperci - jeśli Rosja będzie chciała testować NATO, jego spoistość, sprawność, to najlepszym do tego miejscem jest Łotwa i Estonia. W tych krajach są duże mniejszości rosyjskie. Żeby zniechęcić Rosję do takich testów należy wzmocnić kraje tego regionu i pokazać, że są one ważne dla Sojuszu i, że będą bronione. Tym powinna być zainteresowana Dania, która leży stosunkowo blisko. Jednak Brytyjczycy są daleko, na uboczu...
Not. żar
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

