Uzależniona od dostaw rosyjskich Europa Środkowa przygotowuje się na nowe czasy.

Polska i Litwa budują terminale morskie umożliwiające kupowanie gazu płynnego na wolnym rynku, bez konieczności zawierania wieloletnich kontraktów na podstawie formuły uzależniającej cenę błękitnego paliwa od ceny ropy, jak to jest obecnie. Do podobnej inwestycji przymierzają się Chorwacja, a także Ukraina, choć tu już deklaracje mogą nie pokrywać się z czynami.

Czechy i Słowacja zaś inwestują w interkonektory, poprzez które mogą odbierać surowiec z przyszłych terminali w Świnoujściu, Kłajpedzie, Rijece i  – kto wie – Odessie.

Jeśli nawet szacunki dowodzące, iż wydolność amerykańskich pól gazu łupkowego z roku na rok maleje i jest to fenomen sezonowy, okażą się prawdziwe, porty te pozwolą nabywać gaz z wolnej ręki z innych źródeł: Kataru, Australii, Indonezji, a nawet Rosji, jeśli rozbuduje swoje instalacje LNG.

Tak dostarczany surowiec rosyjski to zupełnie co innego niż obecne długoterminowe kontraktowanie i transport rurociągami lądowymi. Gaz skroplony jest jak piwo bezalkoholowe – nie uzależnia. Można go kupić w innym sklepiku, jeśli stały dostawca nawali albo będzie stawiał warunki nie do przyjęcia.

Według szacunków Międzynarodowej Agencji Energetyki (IEA) niski popyt na gaz w Europie utrzyma się do 2015 roku, a jeśli Unia Europejska będzie konsekwentnie wdrażać swoją politykę energetyczną – do 2020 r. Mowa o gazie w ogóle, nie tylko rosyjskim.

Udział LNG w rynku w przedziale lat 2012–2015 wzrośnie trzykrotnie, dodajmy do tego prawdopodobną eksploatację łupków w Polsce i innych państwach, a  uzyskamy mało optymistyczny dla Kremla obraz kurczenia się jego głównego rynku zbytu.

Kiedy uwzględnimy 
też niepowodzenie prób eksportu surowca do Chin, które wolą go kupować bezpośrednio w Kazachstanie i Turkmenistanie, można uznać, że z Rosją 
będzie źle.

Całość analizy Andrzeja Talagi na stronie rp.pl

ToR/rp.pl