Ludzie giną, zostają kalekami, są zastraszani i poniewierani, nierzadko muszą opuścić swoje domy a politycy w zaciszach gabinetów debatują nad kolejną rezolucją domagającą się tolerancji dla wszystkich, którzy niszczą chrześcijańską cywilizację. Czasem nawet jeden z drugim wyrażą swoje oburzenie i grzmiącym głosem napomkną coś na temat niedopuszczalności takich sytuacji, ale tylko wtedy, gdy dłuższe milczenie może zburzyć obraz czułego na ludzkie nieszczęście empaty. Za to bardzo gorliwie cytują fragment Ewangelii o nadstawianiu drugiego policzka i chętnie powołują się na przykazanie miłości bliźniego i obowiązek przebaczania gdy jakiemuś chrześcijaninowi puszczą nerwy i przyłoży w ucho prowokującemu go niewybrednymi żartami wyrostkowi.

 

Na polityków liczyć nie możemy, musimy zatem liczyć na siebie. Setki lat temu chrześcijanie wymyślili mechanizm chroniący pielgrzymów na ziemiach zamieszkałych przez wrogie im ludy – były nim zakony rycerskie. Biegli w wojennym rzemiośle mnisi patrolowali pielgrzymie szlaki i dbali, by wędrującym nimi ludziom nie stała się najmniejsza nawet krzywda. Przy okazji zabezpieczali też transfer pieniędzy (czeki podróżne to m.in. patent z tamtych lat) i towarów. Zakony rycerskie pełniły funkcję swoistych firm ochroniarskich, które za swoje usługi otrzymywały wynagrodzenie w postaci donacji, zapisów i nadań. Czy przywrócenie tej starej, dobrej tradycji nie byłoby korzystne dla chrześcijan zamieszkujących odległe regiony i narażonych na ataki fanatycznych wyznawców Allaha i innych fałszywych bogów?

 

W dodatku wcale nie trzeba by powoływać nowych. Kawalerowie Maltańscy czyli Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników św. Jana z Jerozolimy, z Rodos i z Malty w skrócie zwani Joannitami albo Zakon Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie czyli niezbyt miło w Polsce wspominani Krzyżacy istnieją i działają po dzień dzisiejszy. Czyż trudno by było przywrócić im dawne kompetencje i wysłać w misję by rycerzami byli faktycznymi a nie tylko tytularnymi? Miłym gestem byłoby też zwrócenie honoru Templariuszom, którzy niemałe zasługi w obronie chrześcijaństwa mają na swoim koncie. Uzbrojeni po zęby zakonnicy broniący (nie atakujący!) prześladowanych chrześcijan byliby naprawdę poważną kartą przetargową w dyskursie międzyreligijnym, zwłaszcza z agresywnymi islamskimi fanatykami a hasło „non nobis Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam” wypisane na sztandarze łopoczącym nad kościelną wieżą ustawioną pod tropikalnym słońcem Sudanu, Egiptu czy Iraku mogłoby na powrót stać się czytelnym znakiem dla wszystkich agresorów: jeżeli przychodzisz z otwartą przyłbicą to zapraszamy, jeżeli masz w ręku miecz to wiedz, że nasze są równie ostre.

 

Idea połączenia powołania zakonnego z rycerskim kojarzy się nie odmiennie ( i w zasadzie słusznie) z wyprawami krzyżowymi a raczej powstałymi w ich wyniku państwami krzyżowymi w Palestynie. Jednak sama myśl przyszła już do głowy cesarzowi Konstantynowi. Powstające od IV wieku stowarzyszenia były jednak efemerydami. Dopiero potrzeba ochrony i udzielenia wielopłaszczyznowej pomocy pielgrzymom zdążającym do Grobu Chrystusa przez mało bezpieczne obszary zajętej przez krzyżowców Palestyny stworzył warunki dogodne do zorganizowania trwałych struktur złożonych z mężczyzn pragnących poświęcić się zarówno doskonaleniu własnego życia duchowego oraz czynnej pomocy bliźniemu, również w postaci zbrojnej eskorty. Jednym z najbardziej znanych jest wymieniony wyżej Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników św. Jana Jerozolimskiego zwany Rodyjskim i Maltańskim, który uważany jest (niezbyt słusznie) za najstarszy powstały w Ziemi Świętej. Początkowo związany wyłącznie z posługą szpitalną został powołany formalnie w roku 1098 przez kilku rycerzy z legendarnym bratem Gerardem na czele pragnących dać schronienie i eskortę pielgrzymom udającym się z portów śródziemnomorskich do Jerozolimy. Aby skutecznie chronić eskortowanych mnisi musieli złamać obowiązujący od dawna zakaz walki i rozlewu krwi. Niezbędna była im także broń, której zakonnicy nie nosili. Dlatego też konieczna było sformułowanie zasad, które łączyłyby ideał życia zakonnego z obowiązkami posługi rycerskiej. Bardzo szybko okazało się, że pomysł był wręcz idealny,. Stopniowo powoływano inne tego typu organizacje (1099 bożogrobcy, 1118 Templariusze, 1190 Krzyżacy) cieszące się poparciem i opieką zarówno miejscowych władców (zwłaszcza tych, którzy dzierżyli Jerozolimę) jak i wsparciem królów państw europejskich oraz samego papieża, w którego bezpośredniej jurysdykcji zakony owe się znajdowały. Ze względu na uczciwość i rzetelność rycerze w habitach zyskiwali zaufanie otoczenia przez co przybywało im zadań. Pielgrzymi powierzali im swoje fundusze (wtedy wymyślono wspomniane wyżej czeki podróżne), królowie nie tylko zadani bojowe ale i misje dyplomatyczne- zakonnicy zawsze dotrzymywali słowa toteż byli bardzo szanowani również przez muzułmanów, którzy chętniej pertraktowali za pośrednictwem templariuszy czy joannitów niż innych wysłańców. Sprawdzony wynalazek zaprowadzono również na Półwyspie Pirenejskim, gdzie zakony rycerskie miały za zadanie wspomagać władców w walce z Muzułmanami czyli reconquiście. Szybko i tutaj zaczęto im powierzać inne zadania, takie jak eskorta delegacji, dyplomacja, nadzór nad majątkiem czy opieka nad rannymi w boju rycerzami oraz weteranami. Gdy państwa krzyżowe w Ziemi Świętej chyliły się ku upadkowi (ostatnimi, którzy opuści Akkę byli właśnie rycerze w habitach) zakony zajęły się zadaniami w Europie. Krzyżacy dokonali niesławnego podboju Prus, przedtem walczyli z Połowcami, Joannici chronili kupców pływających po Morzu Śródziemnym, zostali armatorami i zajęci się posługą szpitalną, która była ich pierwotnym powołaniem i czym zajmują się do dnia dzisiejszego a Templariusze zostali bankierami i latyfundystami prowadząc wzorcowe gospodarstwa rolne. Wszystko to miało jednak charakter tymczasowości- miało zapewnić byt i zajęcie w oczekiwaniu powrotu na zapylone drogi Palestyny, gdzie rośli mężczyźni z krzyżami na płaszczach znowu prowadziliby karawany pobożnych pielgrzymów do Grobu Chrystusa… Może właśnie przyszedł czas, by mnisi-rycerze znowu pojawili się na drogach, nie tylko Palestyny, ale wszędzie tam, gdzie chrześcijanin i każdy spokojny człowiek potrzebuje pomocy, ochrony i opieki- od południowoamerykańskich szlaków gdzie czyhają zdziczałe resztki lewackich partyzantów poprzez udręczony Sudan aż po targane konfliktami religijnymi północne stany Indii.

 

Jakie byłyby korzyści z przywrócenia właściwej roli zakonom rycerskim? Oprócz oczywistej, jaką jest danie ochrony chrześcijanom, nie tylko katolikom, w miejscach, gdzie agresja sąsiadów zagraża ich życiu i spokojowi widzimy tu i inne pozytywy. W zakonach rycerskich mogliby realizować swoje powołanie mężczyźni (a być może i – osobno oczywiście- kobiety), którzy chcą  służyć Bogu, Kościołowi i bliźnim modlitwą ale jednocześnie czynnie chcą bronić ludzi i ich mienia i  w związku z tym nie znajdują miejsca w obecnie istniejących zakonach. Przy założeniu, że powrócono by również do idei gości zakonu umożliwiłoby to czasową służbę dla Kościoła w tej właśnie formie. Wzmocniłoby to też poczucie bezpieczeństwa u tych chrześcijan, którzy obecnie są w zasadzie opuszczeni i pozbawieni wsparcia. Nie da się ukryć, że spowodowałoby też wzrost respektu wobec chrześcijan u tych, którzy usiłują oduczać chrześcijaństwa rodaków poprzez palenie świątyń i podkładanie bomb w katolickich ośrodkach. Jak to się ma do wymaganego od chrześcijan pokojowego nastawienia i miłości bliźniego? Otóż nijak, gdyż wyżej wymienione postawy nie zabraniają obrony i ochrony tak podstawowych wartości jak życie zdrowie i bezpieczeństwo a o to w tym pomyśle chodzi.

 

Monika Nowak & Alexander Degrejt