Przyznam, że telewizyjne zwycięstwo Mita Romneya mnie osobiście bardzo cieszy i chciałbym, żeby zostało przekute w wyborczą wygraną. Stany Zjednoczone wciąż jeszcze są (mimo czteroletnich rządów lewicowego – by nie powiedzieć lewackiego – Obamy) światowym mocarstwem i przeciwwagą dla odbijającej skrajnie na lewo Unii Europejskiej. I nie chodzi mi tutaj o skręcanie gospodarcze, choć to też jest problem (i przyczyna obecnego kryzysu) ale głównie o skręt obyczajowy. W dzisiejszej Europie obyczajowy liberalizm (choć właściwszym byłoby określenie go mianem libertynizmu) uważany jest za jedynie słuszny kierunek a USA pod rządami pierwszego czarnoskórego prezydenta zrobiły wiele by ten trend zaszczepić na swoim podwórku. Wiele, ale na szczęście jeszcze nie wszystko. Społeczny opór w uznaniu sodomii za zdrowy i normalny sposób życia, działania niezwykle prężnych organizacji Pro Life dają nadzieję na to, że nasz „Wielki Brat” nie pozwoli się przenicować. Tę nadzieję rozpala też Mit Romney, który – używając sportowego języka tak lubianego przez Amerykanów – znokautował Barracka Obamę przed telewizyjnymi kamerami. Aż 67 procent widzów stacji CNN – która oficjalnie staje po stronie urzędującego prezydenta – uznało zwycięstwo republikańskiego kandydata.

 

Prezydent Obama zniechęcił do siebie wyborców lewicowym podejściem do gospodarki. Podnoszenie podatków i przymusowy socjal nie mogły się spodobać ludziom, którzy swój dobrobyt zawdzięczają wyłącznie pracy własnych rąk, oni nie pozwolą sobie odebrać tego, co sami stworzyli. Amerykanie są narodem solidarnym, współczującym i zawsze skorym do pomocy ludziom pokrzywdzonym i poszkodowanym (co było bardzo widoczne po słynnym huraganie, który praktycznie zniósł z powierzchni ziemi Nowy Orlean) ale robią to zawsze z własnej woli a NIGDY pod przymusem. Tam każdy obywatel sam, suwerennie decyduje czy chce i może pomóc potrzebującym. Barrack Obama uznał, że tę decyzję powinno podejmować państwo i wszystko wskazuje na to, że z powodu swoich działań będzie mógł już na najbliższym wiecu wyborczym wyszeptać „No, we can't...”.

 

Alexander Degrejt