Joanna Bątkiewicz-Brożek: Jak zapamiętałeś swoją mamę?
Pierluigi Molla: – Najżywsze wspomnienia to te z wypadów w góry. Mama zabierała mnie na narty. Była alpinistką, wspinała się z czekanem, na linie. Kilkakrotnie zdobyła Mont Blanc. W góry wyjeżdżała, kiedy tylko się dało. W tamtych czasach już jazda na nartach była czymś wyjątkowym, a co dopiero wspinaczka i to w wykonaniu kobiety.
(...)
Twoja mama była ostatnią świętą wyniesioną przez Jana Pawła II na ołtarze.
– W grudniu 2003 r. Jan Paweł II podpisał dekret zatwierdzający autentyczność drugiego cudu za wstawiennictwem mojej mamy. Ceremonia kanonizacji zwykle odbywa się po roku. Mój tata miał 92 lata. Napisaliśmy list do Watykanu, że jest zaawansowany wiekiem i chciałby uczestniczyć w kanonizacji żony. I Jan Paweł II, w ostatnim momencie, wpisał na listę najbliższej ceremonii kanonizacyjnej moją mamę. Jej zdjęcie wisiało jako ostatnie po prawej stronie na fasadzie Bazyliki św. Piotra. Jako szósta wtedy, ostatnia, została ogłoszona świętą!
Jak to jest mieć świętą mamę, do której modlą się tysiące ludzi?
– To wielki zaszczyt. Odczuwam to 1 listopada, bo z całym Kościołem we Wszystkich Świętych oddaję jej cześć. Otrzymujemy z siostrami, Gianną i Laurą, mnóstwo listów i widzimy, jak rozszerza się kult, ile łask otrzymują rodziny. Mama ma mnóstwo roboty. Mam nadzieję, że pamięta jeszcze o nas (śmiech).
Modlisz się do niej?
– Codziennie! Ale nie dlatego, że jest świętą! Modliłem się do niej już, jak miałem pięć i pół roku, kiedy odeszła. Tata powtarzał, że mama jest święta. Wołałem ją każdego dnia, ciągle z nią rozmawiałem. Potrzebowałem jej …
Czy mama pomogła Ci w jakiejś szczególnej sprawie?
– To, że jestem tu teraz, zdrowy, że mam zdrową 21-letnią córkę, to są zasługi mamy. Są tysiące spraw, w których jest i była przy mnie. Po prostu to czuję.
(...)
Święta na topie…
– Mama szyła kostiumy u krawcowej i była z modą na czasie. Grała na fortepianie, chodziła na koncerty do La Scali, malowała obrazy. Może to brzmi jak opowieść o zwykłej kobiecie współczesnej. Pomyśl jednak, że mówimy o latach 40. i 50. ubiegłego wieku. Wyobraź sobie, jak wyglądały miasta, samochody. Zobacz zdjęcia mamy. Brakuje jej tylko komórki!
Była więc swego rodzaju rewolucjonistką.
– To dobre określenie. Jeździła na motorze i to dość szybko, co w tamtych czasach do kobiety nie przystawało. Jak byłem większy, przesiadła się do samochodu. Zabierała mnie do pacjentów. Musiałem się trzymać, bo mama nie oszczędzała pedału gazu (śmiech). Kiedy rodzice gdzieś jechali, zwykle za kierownicą siadała mama.
Klękaliście razem do modlitwy?
– Tak! Mieszkaliśmy w Ponte Nuovo pod Mediolanem, blisko kościoła. Mama rano przed pracą wstępowała na Mszę św. Kilka razy zabrała mnie ze sobą.
Święta Joanna pisze z pasją o Jezusie, jest w Nim zakochana. Ostatnie dni agonii, które przypadły na czas od Wielkiego Piątku do Niedzieli Zmartwychwstania, cierpi razem z Nim, nie pozwala sobie podać środków przeciwbólowych. Rozmawiała z Wami o Jezusie?
– Jezus był dla mamy wszystkim. Jemu podporządkowywała decyzje. Nie musiała o Nim opowiadać, bo swoją miłość do Jezusa przekładała na życie. Jeśli chodzi o wiarę, była zdyscyplinowana: modlitwa, Msza św., na ile było to możliwe, każdego dnia. Jako lekarz uczyła nas, że pacjent to nie tylko ciało do leczenia, ale odbicie Chrystusa. W chorych widziała cierpiącego Boga. Wszystko to jednak było dla niej naturalne, była zupełnie normalna. Tato dużo mi o niej opowiadał. Na przykład, kiedy pojechali z mamą w podróż poślubną na Capri i do Taorminy na Sycylię, wstąpili do Rzymu. Tata ciągnął od kościoła do kościoła, na adoracje. A mama mówi: „Pietro, koniec ze zwiedzaniem kościołów, błagam, pokaż mi coś innego!”.

