W IPN-ie odbyła się niedawno prezentacja książki. Dyskutowano o zamachu. Prokurator Michał Skwara powiedział, że najprawdopodobniej nigdy nie dowiemy się prawdy o tych wydarzeniach. Profesor Andrzej Paczkowski stwierdził, że wszystkie ślady prowadzą do Moskwy. Redaktor Andrzej Grajewski dodał, że narracja o „moskiewskim śladzie” oraz inspiracji Kremla dziś jest obecna tylko w Polsce, podczas gdy w innych krajach świata dominują inne wersje oraz hipotezy. Wszyscy zgodnie stwierdzili zaś, że prawda o zamachu przykryta została przez rozbudowaną akcję dezinformacyjną, w ramach której w mediach co rusz pojawiały się „fałszywe wrzutki”.

 

Ktoś, kto trafiłby na prezentację przypadkiem podczas jej trwania, mógłby mieć problemy z odgadnięciem o jakim wydarzeniu mowa. Gibraltar? Smoleńsk? Nie. Okazuje się, że paneliści mówili o 13 maja 1981 roku, czyli zamachu na Jana Pawła II. Przyczyną spotkania w IPN-ie była zaś promocja książki „Papież musiał zginąć” w opracowaniu Andrzeja Grajewskiego. Praca ta oparta została w głównej mierze na zeznaniach złożonych w śledztwie między grudniem 1981 a styczniem 1983 roku przez Mehmeta Ali Agcę.

 

Zwykło się uważać wyjaśnienia niedoszłego mordercy papieża za całkowicie niewiarygodne – on sam przedstawił bowiem wiele sprzecznych wersji przygotowań zamachu, pełnych nieścisłości i konfabulacji. Ogłosił się także na sali sądowej Mesjaszem, przez co zaczął być traktowany jako człowiek niespełna rozumu. Andrzej Grajewski uważa jednak, że Ali Agca nie jest szaleńcem, odegrał jedynie zaplanowany spektakl. Na podstawie dziennikarskiego dochodzenia Grajewski doszedł do wniosku, że nie wszystkie zeznania tureckiego zamachowcy można przekreślić jako niewiarygodne.

 

Od samego początku relacje składane przez Ali Agcę układały się w logiczny i spójny ciąg – młody Turek podczas pobytu w Teheranie poznał  majora KGB Władimira Kuziczkina, który skierował go do Bułgarii. W hotelu „Witosza” w Sofii pracownicy bułgarskiej bezpieki zaproponowali mu (za cenę 3 mln zachodnioniemieckich marek) dokonanie zamachu na Jana Pawła II. Ali Agca zgodził się i od tej pory Bułgarzy pilotowali jego poczynania aż do feralnego 13 maja 1981 roku. Zeznania na ten temat były treściwe i znajdowały potwierdzenie w wielu innych źródłach, do których sięgali śledczy.

 

Przełomowym momentem dla śledztwa okazał się dzień 20 października 1983 roku. Tego dnia Ali Agcę w rzymskim więzieniu Rebbibia odwiedziło dwóch gości z Bułgarii: sędziowie Jordan Ormankow i Stefan Markow Petkow. Przyczyną ich wizyty było rzekome śledztwo, jakie wytoczono przeciwko Ali Agcy w Sofii. Turecki terrorysta miał zostać posądzony o posługiwanie się w Bułgarii fałszywym paszportem. W rzeczywistości żadnego śledztwa nie prowadzono – chodziło jedynie o pretekst, by spotkać się z uwięzionym zamachowcem. W pewnym momencie, podczas przesłuchania Ali Agcy przez Bułgarów, włoski sędzia Illario Martella, ogłosił przerwę i zaprosił gości z Sofii na kawę. Z zaproszenia skorzystał tylko Ormankow, zaś Markow Petkow, który był jednocześnie tłumaczem z języka tureckiego, pozostał sam na sam z Ali Agcą. Przebywali ze sobą pół godziny. O czym rozmawiali, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że od tej pory turecki zamachowiec zaczął zmieniać swoje zeznania – wymyślać wciąż nowe wątki i zaprzeczać pierwotnej wersji.

 

Jordan Ormankow pojawia się jeszcze raz w tej historii – już nie jako sędzia, ale pułkownik Dyrżawnej Sigurnosti (DS – czyli bułgarskiej bezpieki), gdy w marcu 1983 roku zjawia się w Berlinie, by prosić towarzyszy ze Stasi, aby pomogli w zachodnich mediach zorganizować akcję dezinformacyjną mającą na celu przykrycie „bułgarskiego śladu”. Enerdowscy funkcjonariusze i agenci doskonale wywiązują się z tego zadania, bo już wkrótce w światowych mediach aż roi się od nowych wersji kulisów zamachu, którego mocodawcami mieli być rzekomo: CIA, masońska loża P2, islamscy fundamentaliści, prawicowi tureccy terroryści, kręgi wrogie papieżowi w Kościele i powiązane z Banco Ambrosiano, tajna organizacja wewnątrz NATO o nazwie „Stay Behind”, włoskie służby specjalne itd. Wszystko, by odwrócić uwagę od wywiadu bułgarskiego, który w rzeczywistości całkowicie podporządkowany był sowieckim służbom specjalnym.

 

Choć komunizm upadł, akcja dezinformacyjna nie skończyła się, gdyż nie przerwana została ciągłość służb, które stały za tymi wydarzeniami. Nic więc dziwnego, że autorzy, którzy wskazują na inspirującą rolę Kremla w zamachu na Jana Pawła II, należą na świecie do zdecydowanej mniejszości. Tak odważyła się napisać jedynie dwójka Amerykanów: Claire Sterling (zm. 1995) i Paul B. Henze oraz włoski prawnik Ferdinando Imposimato. Teraz dołącza do nich Andrzej Grajewski, którego 660-stronicowa praca oparta jest na uważnie przeanalizowanym materiale procesowym. Nie miejmy jednak złudzeń: jego wersja nie przebije się na świecie. Najprawdopodobniej określona zostanie mianem chorej polskiej rusofobii. 

 

Aleksander Bocianowski