Do polskich kin wchodzi właśnie film Lisy Cholodenko "Wszystko w porządku". Zapewne wcale bym po niego nie sięgnęła, gdyby nie peany na jego cześć wyśpiewane przez publicystę „Rzeczpospolitej” (sic!) Rafała Świątka. - „Wszystko w porządku" przełamuje stereotypy. Lesbijki tworzą związek, który mógłby paradoksalnie posłużyć za reklamę wartości rodzinnych – pisze Świątek. I właściwie trudno nie zgodzić się z dziennikarzem „Rzeczpospolitej”, bo film Cholodenko w rzeczy samej jest tylko po to, by łamać stereotypy. Ale czy łamie?

To raczej obrzydliwie lukrowana laurka wystawiona homoseksualizmowi, która wkomponowuje się w szerszy nurt wyrastającej na gruncie poprawności politycznej tolerancji dla tego typu „związków”. „Wszystko w porządku” (kapitalne, jak zwykle tłumaczenie na język polski tytułu – oryginalnie: „Kids Are All Right”) rozpoczyna się sielankową na pierwszy rzut oka sceną rodzinnego posiłku. Podręcznikowy model rodziny, 2+2, gdyby nie fakt, że Joni i Laser mają... dwie mamy.
Już po pierwszych kilku minutach filmu Cholodenko robi się po prostu mdło. Doskonała rodzinka, w której dwie troskliwe mamusie szczęśliwie wychowują swoje poczęte metodą in vitro i spermą od anonimowego dawcy nastoletnie dzieci. A dzieci też wspaniałe, nie sprawiają żadnych problemów, na tle rówieśników są nader dojrzałe i wrażliwe.
Dawca spermy do odstrzału
Problemy zaczynają się, kiedy Joni, za namową młodszego brata Lasera, zaczyna poszukiwania dawcy nasienia (podkreślam "dawcy", bo rola mężczyzny sprowadza się w tym filmie jedynie do dostarczyciela spermy, ani razu nie padają słowa „biologiczny ojciec”). Sielankowe życie lesbijskiej pary i jej dzieci burzy pojawienie się w nim „intruza”, jakim jest Paul – dawca spermy, którego najchętniej obie panie pozbyłyby się w humanitarny sposób. Ten zaś wykreowany jest na bezpłciowego, wiecznego chłopca, który spermę oddaje dla zabawy, a kiedy poznaje "swoje" nastoletnime dzieci, budzi się w nim instynkt ojcowski. Jedyny przedstawiciel płci przeciwnej w filmie, na tle głównych bohatrek, władczej, neurotycznej Nic oraz silnej Jules, jawi się jako co najmniej "zniewieściały". To kobiety grają tu pierwsze skrzypce, to one decydują.

Dawno nie widziałam propagandy w tak czystej postaci. Właściwie reżyserka (prywatnie także homoseksualistka) od pierwszej do ostatniej minuty nie ukrywa, o co jej w tym filmie chodzi. Nie wnikam już, jakiej orientacji są jego producenci, bo film od początku do końca wygląda, jakby scenariusz do niego pisało całe homoseksualne lobby USA. Jest tak kompletnie oderwany od rzeczywistości i wyidealizowany, że nawet homoseksualiście może obrzydnąć bycie homoseksualistą.
Powstanie takiego filmu nie powinno jakoś mocno dziwić, nie pierwszy taki, i pewnie nie ostatni. Od pewnego czasu zalewani jesteśmy bardziej lub mniej zawoalowaną propagandą, która ma na celu tylko jedno: zredefiniować tradycyjnie pojmowaną instytucję małżeństwa, pokazać, że nie tylko mężczyzna i kobieta mogą tworzyć szczęśliwy i udany związek. Marsze i parady równości, postulaty tolerancji. Nie sposób nie dostrzec tej tendencji także na polskim gruncie – nie pamiętam już numeru tygodnika „Wprost”, który nie pokazywałby homoseksualizmu przez różowe okulary, pomijając regularnie wystawiane przez „Wyborczą” laurki.

Homoseksualna gadzinówka
Reżyserka „Wszystko w porządku” stawia krok dalej. Ona chce udowodnić nie tylko to, że lesbijki mogą stworzyć świetny związek, który przetrwa nawet mimo chwilowej słabości i „skoku w bok” jednej z partnerek, ale forsuje wizję lesbijskiej rodziny jako wzorcowej, idealnej dla wychowywania dzieci. Po obejrzeniu „dziełka” Cholodenko jedyne skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to wydawana przez hitlerowców w okupowanej Polsce prasa z jedyną słuszną prawdą, nazywana nie bez kozery „gadzinówką”.

Choć to wielki wysiłek, film Cholodenko mimo wszystko warto obejrzeć do końca. Mówi się, że w każdym kłamstwie jest jakieś ziarnko prawdy. I być może sama reżyserka nie zdaje sobie sprawy, jak kreowana przez nią rzeczywistość wymknęła się jej spod kontroli. Bo trzeźwo patrząc na obraz Cholodenko nie sposób nie dostrzec samobójczych strzałów, jakie pod adresem homoaktywistów poczyniła reżyserka. Bo przecież to, że Jules w końcu rzuca się w ramiona Paula, i choćby kierowały nią najprymitywniejsze żądze i instynkty, to tylko dowód na to, że prawidłowo funkcjonuje, jak najnormalniejsza pod słońcem, zdrowa kobieta! Zaś scena w „małżeńskim” łożu Jules i Nic też nie wywołuje emocji w stylu podniet posła Węgrzyna. Wręcz przeciwnie – dwie czterdziestki, które stymulują się obrzydliwym gejowskim pornolem i męskim sapaniem i chcą zagłuszyć odgłosy wibratora, sprawiają wrażenie raczej żałosnych, aniżeli wiodących udane życie seksualne.

I w rzeczywistości taki jest ten film - żałosny. Kompletnie nie rozumiem, jak można reklamować go jako „najinteligentniejszą komedię od lat”. Komedia zwykła bawić, a „Wszystko w porządku” jest po prostu żałosne i nie warto wydać na niego złamanego grosza, nie wspominając już o cenie biletu. A jeśli to ma być „najinteligentniejsza” komedia, to może pozostaje zapytać – do kogo jest adresowana. Bo może tak jak rodzime produkcje pokroju „Och, Karol 2” czy „Wojna żeńsko-męska” do „młodych, inteligentnych, z dużych ośrodków”…
Wbrew tytułowi i hollywoodzkiemu happy endowi trudno jest ulec złudzeniu, że wszystko jest w porządku. Bo zdecydowanie nie jest...
Marta Brzezińska
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

