Na argument, że biskupi uważają in vitro za wyrafinowaną formę aborcji, która niszczy zarodki, Niesiołowski pozostaje głuchy. - Przecież ci, którzy tak uważają, nie muszą stosować in vitro. Jeżeli pan Piecha przekona całe społeczeństwo, to problem zniknie. Ale na razie zdaje się, że nie przekonał, bo w klinikach, gdzie stosuje się in vitro, są dość duże kolejki. Niech pan Piecha tam jedzie i przekonuje - odpowiada Niesiołowski.
To nie wszystko, poseł Platformy Obywatelskiej przekonuje, że nie boi się ekskomuniki. - Za swoje zachowania będę odpowiadał przed Panem Bogiem. Wolałbym, żeby biskupi głosili chrześcijaństwo jako religię prawdy i miłości, a nie występowali na politycznych wiecach jak ostatnio na Jasnej Gorze, gdzie szkalowali Polskę, twierdząc, że Polska demokratyczna jest gorsza od komunistycznej. Nie przypominam sobie, żeby Pan Jezus zajmował się prefektem Tygellinusem albo rządami Tyberiusza - mówi Niesiołowski. - Biskupi, którzy jeżdżą na Jasną Górę i popierają Rydzyka, mają u mnie niewielki autorytet. (...) Jeśli zostanę wykluczony z Kościoła, to trudno. Odpowiem za to kiedyś przed Bogiem, a nie przed arcybiskupem Michalikiem - wyjaśnia Niesiołowski.
Zdaniem polityka, mówienie o naprotechnologii jako alternatywie dla in vitro jest oszustwem. - Naprotechnologia oznacza bowiem normalne i powszechnie stosowane leczenie niepłodności, ale kiedy okazuje się to bezskuteczne, ostatnią nadzieją często jest in vitro - tłumaczy poseł PO.
Stefan Niesiołowski poinformował również, że będzie głosował za projektem Małgorzaty Kidawy - Błońskiej.
Jakże wielkie zdziwienie zapanowało dziś w redakcji, gdy wyczytaliśmy w "Gazecie Wyborczej", że red. naczelny naszego portalu jest... politykiem, który w dodatku "nie do końca rozumie co oznacza miłość bliźniego". Dobrze, że Niesiołowski doskonale to rozumie. Dał przykład tego zrozumienia, gdy Ewa Stankiewicz poprosiła go o wypowiedź...

