Portal Fronda.pl: Prawo i Sprawiedliwość chce dodatkowo opodatkować banki. PO straszy, że odbije się to wyłącznie na klientach. Gdzie leży prawda?

Marcin Kędzierski*: Rozróżnijmy dwie rzeczy – opodatkowanie zysków kapitałowych od opodatkowania banków. Od zysków kapitałowych płaci się dziś w Polsce 19 proc. podatku. To de facto mniej niż podatek dochodowy od osób fizycznych, bowiem osoby uzyskujące dochody z kapitału płacą tak naprawdę podatek liniowy w wysokości 19 proc., a to zdecydowanie mniej niż w innych krajach europejskich. Podwyższenie stawki podatkowej od zysków kapitałowych byłoby jak najbardziej wskazane, albo przynajmniej nie byłoby w kontrze do praktyki obowiązującej dziś w całej Europie. Z drugiej strony pojawia się propozycja opodatkowania samych banków. Tu pojawia się tu zawsze wątpliwość, czy banki nie zdecydują się przenieść części tych kosztów na swoich klientów. Trzeba pamiętać, że klienci banków są coraz bardziej świadomi i kontrolują swoje wyciągi, sprawdzając, jakie opłaty bank pobiera. Poza tym banki będą konkurować o klientów. W konsekwencji bankom nie będzie łatwo przenieść na nich wszystkich dodatkowych kosztów.

Zmiany podatkowe miałyby dotyczyć także hipermarketów. Ceny żywności nie wzrosną?

Można, oczywiście, podejrzewać, że wyższe opodatkowanie przełoży się na wzrost cen. Pamiętajmy jednak, że duże sieci handlowe wciąż działają na relatywnie wysokich marżach i są w stanie dyktować warunki swoim dostawcom, mogąc obniżać koszty zakupu. Jeżeli nie będzie jakiejś zmowy cenowej między hipermarketami –a można podejrzewać, że coś takiego nie nastąpi w pełnej skali – to nie należy spodziewać się automatycznego przeniesienia kosztów takiego podatku na klientów. Nie będzie to na pewno zero-jedynkowe. Oczywiście, duże sieci handlowe na pewno będą chciały przenieść na klientów chociaż część kosztów, ale klienci będą patrzyli im na ręce. Mamy dzisiaj wiele organizacji społecznych, które monitorują tego typu działania. Hipermarkety będą obawiać się czarnego PR, na przykład w postaci ogłaszania, że jakiś sklep chce nagle podnosić ceny, by powetować sobie straty spowodowane podwyżką podatków. Dlatego z powodu troski o wizerunek sieci handlowe nie będą w stanie przerzucić 100 proc. kosztów na klientów. Kontrola społeczna jest zbyt duża.

Beata Szydło mówi o konieczności wsparcia małych polskich firm, które nie są w stanie rywalizować z dużymi sieciami. Da się to zrobić, a jeżeli tak, to jak?

Tu zawsze pojawia się pytanie, na ile interwencja państwa może być tu skuteczna. W przypadku handlu zazwyczaj o wiele bardziej sprawdzają się rozwiązania rynkowe niż odgórne sterowanie (choć ostatnie informacje o wspieraniu dwóch sieci handlowych przez instytucje finansowe temu przeczą). Z drugiej strony przykład Węgier pokazuje, że nawet w zakresie rynku sprzedaży detalicznej aktywna polityka państwa może przynieść spodziewane rezultaty. Na gruncie polskim spodziewałbym się raczej stworzenia preferencyjnych warunków nie dla poszczególnych przedsiębiorstw czy mikroprzedsiębiorstw, ale dla polskich sieci dystrybucyjnych. Wsparcie poszczególnych przedsiębiorstw mogłoby być bardzo trudne, natomiast wsparcie czy pomoc państwa dla polskich grup kapitałowych, które zajmują się handlem detalicznym, konkurując z wielkimi sieciami handlowymi, byłoby łatwiejszym rozwiązaniem. Mamy tu  po prostu mniejszy katalog podmiotów. To się może długofalowo bardziej opłacać, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że polskie sieci handlowe powinny znacznie łaskawszym okiem patrzeć na swoich dostawców. Chodzi tu też o kwestie przewidywalności – dzisiaj mali dostawcy dostarczający do dużych sieci nie mogą być pewni, że to zamówienie będzie kontynuowane w przyszłym roku. Dlatego stworzenie takiej sieci dystrybucji w powiązaniu z sieciami dostawców może gwarantować powstanie pewnych długotrwałych relacji opartych na zaufaniu. To sprawi, że sieci te będą mogły otrzymywać produkty po niższej cenie, bo dostawcy wiedzą, że mogą pozwolić sobie na zaplanowanie inwestycji w perspektywie kilku lat, bo mają zagwarantowany zbyt.

Skoro zmiany te są pozytywne zarówno z perspektywy budżetu jak i samych obywateli, to dlaczego Platforma Obywatelska ich nie wprowadziła?

Chciałbym trochę zniuansować tę sprawę. Rząd Platformy obwiniany jest często o bardzo wiele negatywnych działań. Natomiast jeśli popatrzymy na działanie Platformy w ostatnich kilku latach – zwłaszcza na działanie Ministerstwa Skarbu Państwa – to widać, że w obliczu zmian globalnych, które bardzo wyraźnie przypomniały starą prawdę, że kapitał ma narodowość, wstrzymano prywatyzację, wcielany jest też w życie pomysł repolonizacji banków, który wyszedł w końcu z szeregów PO. Nie jest więc tak, że nic w tej sprawie się nie dzieje, dlatego, że czy to w zakresie energetyki czy to w zakresie bankowo-ubezpieczeniowym mamy do czynienia z pewną konsolidacją czy wręcz repolonizacją firm czy banków. Jest faktem, że nie da się przeprowadzić takiego całkowitego „udomowienia” gospodarki we wszystkich sektorach za jednym zamachem. Trzeba to robić etapami. Powstaje też pytanie o zdolność danej grupy politycznej do tego, żeby pójść na konfrontację z silnymi grupami kapitałowymi. Wiadomo, że podmioty zagraniczne mają swoją siłę lobbingową w Europie zachodniej, w krajach, z których pochodzą. Platforma miała bardzo dobry wizerunek w Europie, gdzie sądzono, że Polska jest prawdziwym liderem przemian. Gdy Wiktor Orban nacjonalizował OFE spotkało się to z szaleńczymi atakami ze strony świata finansów europejskich. Z kolei gdy Donald Tusk OFE de facto likwidował, to mógł wykorzystać kredyt zaufania, który miał u zachodnich przywódców. Przecież jako lider pozytywnych zmian w Unii Europejskiej nie mógł dokonywać zmian stojących w kontrze do oczekiwań zachodnich partnerów. Paradoksalnie to płynięcie w głównym nurcie, tak mocno krytykowane przez PiS, stworzyło Platformie pewne pole do działania, które mogliśmy obserwować w ostatnich 2-3 latach.

Węgry były krytykowane, ale postawiły na swoim. Czy w Polsce pod rządami Prawa i Sprawiedliwości byłoby tak samo?

Pojawia się tu problem uzależnienia Polski od sytuacji międzynarodowej. Jeżeli Prawo i Sprawiedliwość wygra wybory i utworzy rząd, to rząd ten będzie miał znacznie gorsze „papiery” u swoich partnerów zagranicznych, niż ma dzisiaj ekipa Platformy. Zabraknie więc parasola ochronnego nad reformami PiS. Można spodziewać się, że jeżeli PiS zdecyduje się na pójście drogą Orbana i repolonizację sektora telekomunikacyjnego, ograniczenia dla wielkich sieci handlowych czy nowe podatki dla korporacji w sektorze finansowym, to pojawi się bardzo ostry sprzeciw polityczny ze strony partnerów zagranicznych. Jeżeli PiS w ogóle myśli o wprowadzaniu tak wyraźnych zmian w polityce gospodarczej, to musi liczyć się z konsekwencjami na arenie międzynarodowej, podobnymi do tych, z jakimi spotkał się rząd Wiktora Orbana. Będzie dlatego potrzebne bardzo silne przywództwo, żeby przetrwać ten okres burzy. Natomiast, jak pokazują doświadczenia węgierskie, zmiany gospodarcze, które wydawały się bardzo kontrowersyjne, rzeczywiście przynoszą dzisiaj spodziewane efekty. Jeszcze kilka lat temu Międzynarodowy Fundusz Walutowy te reformy bardzo krytykował, a dziś wypowiada się o nich z uznaniem wskazując, że Węgry wracają na ścieżkę stabilności gospodarczej, co pokazują dobre wskaźniki makroekonomiczne, jak spadający deficyt.

Czy z opodatkowania banków i hipermarketów uda się pozyskać zakładaną przez PiS kwotę, tak, by umożliwić realizację zapowiedzi dotyczących cofnięcia reformy emerytalnej, wsparcia dla rodzin na dzieci oraz kwoty wolnej od podatku?

Może być to marzenie nieco na wyrost. Rządy od kilkunastu lat mają nadzieję, że efektywność ściągania podatków będzie wzrastać. Jeżeli mówimy o systemie podatkowym, to trudno spodziewać się, że podatki nałożone na wielkie sieci handlowe i banki pokryją koszty planowanych inwestycji publicznych, które PiS zaproponowało w kampanii. To w kampanii naturalne, że obiecuje się więcej, niż można w rzeczywistości zrealizować. Tak naprawdę, jeżeli rząd miałby szukać gdzieś pieniędzy – nieważne, czy rząd PiS, czy PO – to musielibyśmy przemyśleć całą politykę podatkową. Chodzi o kwestie VAT, podatku od osób prawnych czy na przykład kwestię nagminnego w Polsce samozatrudnienia. Ta ostatnia sprawa powoduje, że ludzie, którzy normalnie wpadaliby w drugi próg podatkowy - w Polsce i tak dość niski, wynosząc y32 proc. - płacą podatki w wysokości 19 proc.. To tak jak w przypadku podatku od zysków kapitałowych de facto podatek liniowy. Wydaje się, że zmiana przepisów podatkowych, zmiana progresji podatkowej, zmiana myślenia o roli VAT, wprowadzenie podatku katastralnego, przed czym PiS bardzo się broni: to są rzeczy, które mogłyby pozytywnie zmienić system podatkowy w Polsce. Nie widać natomiast chęci do wprowadzenia tak poważnych zmian, choć widać wyraźnie, że istnieje do tego pewne pole manewru, zwłaszcza, że jak się wydaje w najbliższych latach w Unii Europejskiej takie radykalne zmiany w obszarze podatków będą musiały nastąpić.   

Rozmawiał Paweł Chmielewski

*Marcin Kędzierski - Ekonomista, pracownik naukowy Katedry Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Ekspert Klubu Jagiellońskiego