Niemiecki parlament, Bundestag, padł ofiarą ataku hakerskiego. Według włoskiej „Stampy” zaatakowano aż 20 tys. komputerów należących do parlamentarzystów i różnych urzędników. W rozmowie z „Deutche Welle” sprawę skomentował ekspert ds. bezpieczeństwa Sandro Gaycken, docent w European School of Management and Technology w Berlinie.

- Sprawcą jest zdaje się jakaś służba wywiadowcza i udało jej się uzyskać dostęp do wewnętrznej sieci parlamentu. Powiodło się albo dzięki jakiemuś kolaborantowi, komuś z wewnątrz albo przez internet, przez wysłanie jakiegoś zainfekowanego dokumentu. Od niego wirus mógł się rozprzestrzeniać i torował sobie drogę do dalszych komputerów. Na ostatnim etapie utworzono zewnętrzny kanał, przez który możliwe jest "wysysanie" informacji na zewnątrz. Posłowie muszą się liczyć z tym, że wszystko przepadło: ich cała komunikacja, wszystkie powiązania, kontakty, struktury organizacyjne. Dotyczy to także dokumentów, które sami utworzyli. Inna sprawa to, czy dokumenty te kiedyś zostaną opublikowane. Normalnie służby zwiadowcze zachowują takie materiały dla siebie i nie są zainteresowane, by lansować je publicznie. Chyba, że idą za tym jakieś korzyści polityczne.

Dziennikarz prowadzący wywiad zwraca uwagę, że w wcześniej zaatakowana została francuska telewizja TV5 Monde, a sprawcami prawdopodobnie byli Rosjanie.

- Jest kilka poszlak cyfrowych, ale te mogą niestety być w stu procentach sfałszowane. Dlatego tak trudno jest stwierdzić, kto kryje się za takimi atakami – odpowiada Gaycken.

Jak dodaje, hakerzy zawsze mają przewagę nad tymi, którzy się bronią przed atakiem.

- To nie jest żadna zabawa w kotka i myszkę, jak zawsze twierdzi przemysł informatycznych zabezpieczeń. Prawdą jest raczej, że branża bezpieczeństwa sieci jest o parę lat z tyłu za poziomem wiedzy atakujących i ma zasoby finansowe mniejsze o kilka miliardów dolarów – uważa Sandro Gaycken.

KJ/Dw.de