24 stycznia kilkadziesiąt tysięcy osób wzięło udział w dorocznym „Marszu dla Życia” w Waszyngtonie. Głównym hasłem protestu były słowa: „Daj świadectwo twojego zaangażowania w obronie życia. Bez wyjątków! Bez kompromisów!”. Organizatorzy od 38 lat chcą przekonać Amerykanów, że aborcja jest zbrodnią i wyniszcza kobiety. Po raz pierwszy „Marsz dla Życia” zorganizowany został w 1974 r., w pierwszą rocznicę werdyktu Sądu Najwyższego w sprawie Roe vs. Wade. Ostatni Marsz był o tyle istotny, że miał miejsce po wyborczym sukcesie polityków pro-life, którzy swoim ruchem Tea Party pokazali, że coraz mniej Amerykanów akceptuje aborcję. Na dodatek niedawno Republikanie zgłosili projekt ustawy, która zakazywałaby finansowania aborcji z pieniędzy podatników. – W 2011 r. powinno się udać przeforsować wiele przepisów chroniących nienarodzone dzieci – mówił „Rzeczpospolitej” Derrick Jones z organizacji National Right to Life Committee. Natomiast spikerem Izby Reprezentantów został jeden z największych obrońców życia John Boehner.  Jednak dla czołowych amerykańskich mediów marsz ten nie okazał się istotnym newsem dnia.

 

Oscary ważniejsze od nienarodzonych

Żaden z dużych serwisów informacyjnych w poniedziałek i we wtorek wieczorem nie zrobił materiału o „Marszu dla życia”. Marsz ten przyciągnął co najmniej kilkadziesiąt tysięcy uczestników. Informacja o proteście Amerykanów przeciwko zabijaniu dzieci nienarodzonych nie znalazła się również na łamach dziennika „New York Times”. Marsz został opisany przez „Washington Post”, jednak amerykańscy komentatorzy pro-life zwracają uwagę, że w tekście pojawiły się informacje o „tysiącach” protestujących. Według prawicowych komentatorów było to celowe działanie mające na celu zdeprecjonowanie siły przeciwników zabijania nienarodzonych. „Wśród najważniejszych newsów dnia mieliśmy 13 minutowy reportaż o Oscarach w CBS. NBC poświęciła nagrodom Akademii ponad 20 minut. Stacja oddała antenę materiałowi opowiadającemu, jak Oprah Winfrey odnalazła swoją przyrodnią siostrę, której nie widziała wiele lat” - czytamy na portalu LifeNews. Mainstreamowe media na całym świecie służą aborcyjnemu biznesowi, promując zabijanie niewinnych dzieci jako prawo kobiety i wielkie osiągnięcie współczesnego „humanizmu”. Wojna między cywilizacją życia a mroczną i diabelską cywilizacją śmierci toczy się na różnych płaszczyznach na całym świecie. Można więc podejrzewać, że brak relacji z ostatniego Marszu był spowodowany wstrząsającymi relacjami kobiet, które kiedyś dokonały aborcji. Ich słowa zawsze najmocniej bolą kapłanów „cywilizacji śmierci”.

 

Samotność kobiet po aborcji

W „Marszu dla życia” wzięły jak zwykle udział kobiety, które dokonały w swoim życiu aborcji. Dużą grupę stanowiły kobiety działające w organizacji Silent No More Awareness Campaign, która pomaga „wprowadzanym w błąd” kobietom, namawianym do aborcji. Jedną z głównych działaczek tego ruchu jest była członkini chórków Britney Spears, która przyznała, że dokonała dwóch aborcji, gdy miała niewiele ponad dwadzieścia lat - Kelly Clinger. - Nie mogę zmienić przeszłości. Nieważne, czy studiuję Biblię, spotykam się z terapeutą czy się modlę. Nic nie może uleczyć tej rany. Będę więc głosem moich dzieci, które są w niebie. Będę głosem milionów kobiet, które żyją w żalu, poczuciu winy, nienawiści do siebie i strachu. Będę szczera do bólu opisując moje odczucia związane z aborcją i będę broniła życia nawet, jeśli jest to niepoprawne politycznie - pisała niedawno kobieta na swoim blogu. Relacje innych kobiet opowiadających o swoich doświadczeniach były nie mniej wzruszające.

Większość kobiet przemawiała na schodach Sądu Najwyższego, który prawie 40 lat temu zalegalizował w USA mordowanie dzieci nienarodzonych i opisywała, jak aborcja zniszczyła ich życie emocjonalne. Zwracały one uwagę na ciągłe uczucie osamotnienia, strachu i zagubienia. Innymi słowy - opisywały one negowany przez wielu „postępowych” lekarzy syndrom aborcyjny. - Miałam ciągłe poczucie winy i wstydu. To mnie zniszczyło. Aborcja nie jest wyborem. Dla mnie stała się ona więzieniem - powiedziała jedna z kobiet. Mary Jane D’Andries z Pittsburgha przekonywała o swojej samotności kilka godzin po dokonaniu aborcji. - Ta samotność nie była spowodowana brakiem mężczyzny u mojego boku, który zresztą namawiał mnie do aborcji. Samotność była spowodowana brakiem obecności mojego dziecka - mówiła kobieta. Właśnie ten brak oparcia ze strony mężczyzny jest często powodem dramatu kobiet. Jacquie Stalnaker opowiadała na wiecu, jak do aborcji zmusił ją ojciec dziecka. Słowo „zmusił” nie jest w tym przypadku przesadą. - Powiedział mi, że życie straci dziecko albo ja. W samochodzie, którym przywiózł mnie do kliniki, miał pistolet, który woził pod siedzeniem. Potraktowałam więc jego słowa poważnie - opowiadała 45-letnia dziś kobieta.

Jacquie Stalnaker.

- W tamtym czasie nie było podczas zabiegów anestezjologów czy znieczulenia. Mogę określić dokładną sekundę, podczas której dziecko zostało wyrwane z mojego ciała. Włożono je do słoika i odłożono na półkę - opowiadała Stalnaker. Jej chłopak odjechał sprzed kliniki i więcej go nie zobaczyła. Od czasu dokonania aborcji miała trzykrotnie raka. Wycięto jej również ogromny guz z macicy, który spowodował, że dziś jest bezpłodna. - Lekarze są zgodni, że moje problemy ze zdrowiem są następstwem aborcji - przekonuje dziś kobieta.

Wiele z kobiet przyznało podczas wiecu, że ich cierpienia związane z aborcją trwały latami. Przez ten czas wiele z nich wpadało w alkoholizm, uzależnienie od narkotyków, depresję czy toksyczne relacje z mężczyznami. Zabicie swoich dzieci spowodowało również w przypadku kilku przemawiających kobiet zburzenie relacji z ich mężami, konkubentami czy nawet pozostałymi przy życiu dziećmi. Jedna z kobiet ze łzami w oczach opowiadała, jak bezpowrotnie zmienił się jej stosunek do jej starszego synka już kilka godzin po dokonaniu aborcji. - Nie mogłam go nawet wziąć na ręce - przyznała. Kobiety zwracały również uwagę, że największy ból przychodził w momencie, gdy zdawały sobie sprawę, że to „coś”, co pozwoliły wyskrobać, było dzieckiem. W najbardziej wstrząsający sposób reakcje kobiet pojawiające się tuż po aborcji opisała zresztą na swoim blogu występująca na wiecu Clinger. „Jedna z kobiet opowiadała, jak zobaczyła podczas aborcji wyciągane zwłoki swojego dziecka. »Jego ciałko rozpadało się w rękach lekarza« - powiedziała. Gdy kobieta zobaczyła, że płód z niej wyciągnięty jest w rzeczywistości dzieckiem, kazała zadzwonić po karetkę. Zanim ta przyjechała, dziecko już nie żyło” - pisała działaczka.

 

„To coś na USG to nic takiego”

Kobiety zwracały w swoich przemówieniach również uwagę na fakt, że pracownicy Planned Parenthood w żaden sposób nie starali się przekonać kobiet, że niezabijanie dziecka jest opcją, którą mogą one wybrać. - Za każdym razem, gdy tam dzwoniłam, miałam nadzieję, że ktoś mi pomoże i przekona mnie, bym nie dokonywała aborcji. Za każdym razem słyszałam, że to wyłącznie moja decyzja - powiedziała Michelle Geraci. Słowa kobiety potwierdzają się zresztą w wydanej niedawno w USA szokującej książce unPlanned byłej pracownicy Planned Parenthood Abby Johnson, która opisuje mechanizmy rządzące siecią klinik. Johnson zresztą sama dokonała dwukrotnie aborcji i jej relacja o syndromie poaborcyjnym idealnie się wpisuje w to, co mówiły na wiecu kobiety. - Sama dźwigałam ten ciężar. Pamiętam to uczucie, jakby był to ostateczny upadek. Jeśli nie było to najgorsze, to z pewnością jedno z najgorszych doświadczeń w moim życiu – zarówno pod względem fizycznym, jak i emocjonalnym. Było to doświadczenie traumatyczne, z powodu którego cierpiałam fizycznie przez osiem tygodni po zażyciu środka powodującego aborcję – wyznała niedawno Johnson.

Michelle Geraci opowiadała podczas przemówienia o znamiennej reakcji „lekarza” podczas jej wizyty w Planned Parenthood. - Tuż przed „zabiegiem” przez przypadek zobaczyłam swoje dziecko na USG. Przepłynęła przeze mnie jakaś fala. Zapytałam lekarza, co to było. Pani doktor odpowidziała, że nic takiego. Zobaczyła jednak moją twarz i szybko weszła między mnie a ekran USG. Powiedziała, że nie muszę tego robić, jeżeli nie chcę. Opowiedziałam jej o mojej sytuacji i o tym, że nie wiem, co innego mogę zrobić. Czułam się jakbym była na roller-coasterze. Pani doktor spojrzała na mnie, wzruszyła ramionami i powiedziała „w porządku”, po czym szybko nałożyła mi maskę na twarz. Nie przyznałam jej, że na pewno chcę aborcji. Nie wiedziałam, co powiedzieć - wyznała kobieta. Potem opisała jak, obudziła się w pokoju pełnym płaczących kobiet. Jedna z nich złapała ją za rękę. - Nienawidziłam jej i siebie - dodała Geraci.

Równie przerażająca była relacja Pam Messiny, której narzucono decyzję o zabiciu swojego dziecka poczętego podczas gwałtu. - Płakałam całymi dniami. Powiedziano mi, że szybko muszę podjąć decyzję o aborcji. Już po jej dokonaniu, dziewczyna usłyszała od matki takie słowa: „Gdyby aborcja była dostępna, to ciebie bym również abortowała”. - To miało być pocieszenie po mojej decyzji o aborcji. Jednak poczułam się gorzej, bo zdałam sobie sprawę, że gdyby to zależało ode mnie, to chciałabym się urodzić. Jednak dzieciom odbiera się dziś to prawo - powiedziała dziewczyna.

Większość z tych zdewastowanych fizycznie i psychicznie kobiet znalazło spokój dopiero w wierze w Boga. Sensem ich życia stało się przestrzeganie kobiet przed aborcją i walka na całej linii z ludobójstwem nienarodzonych. „Marsz dla życia” był miejscem, gdzie kobiety te mogły podzielić się swoimi przeżyciami i przekonać manipulowane przez aborcyjny przemysł kobiety, czym w rzeczywistości jest „prawo do własnego brzucha”. Trudno się więc dziwić, że mainstreamowe media nie były zainteresowane omówieniem tego wydarzenia. Wojna z mrokami cywilizacji śmierci dotyczy całego świata. Jednak najsilniej jest ona widoczna na Starym Kontynencie i w USA. W Europie wojna o życie najsłabszych wydaje się o tyle cięższa, że Europejczycy nie potrafią się zorganizować w taki sposób, jak Amerykanie. Ostatni „Marsz dla życia” w Waszyngtonie pokazał siłę działaczy pro-life za oceanem. Tej siły boi się amerykański establishment, który zarabia krocie na „przemyśle śmierci”. Media wolą więc w ogóle nie informować o takim wydarzeniu. Amerykańska prawica ma to szczęście, że USA jest krajem wolnym i każdy ma prawo założyć sobie medium, w którym będzie propagował swoje idee. Nie ma żadnych zamordystycznych instytucji, które ograniczają koncesjami dostęp do rynku. W USA istnieją setki radiostacji, pism, portali internetowych propagujących konserwatywne idee i produkujących programy „oszołomów”, dla których bogiem jest niekoniecznie Barack Hussein Obama. Amerykańska prawica ma na dodatek wielką sieć FOX, która jest odtrutką na lewicowe brednie płynące z większości mainstreamowych stacji. Jednak media te służą do przekonywania przekonanych. Większość Amerykanów opiera swoją wiedzę na popularnych stacjach telewizyjnych takich jak: ABC, CBC czy NBC. I to właśnie te stacje kształtują percepcję Amerykanów. Dla przeciętnego widza opowieść o trupie w formalinie jest mniej medialna niż łzawy teatrzyk z celebrytką i jej problemami rodzinnymi. Dla zamożnego lobby aborcyjnego takie opowieści mogą być natomiast zabójcze finansowo. Trudno więc sobie wyobrazić, że nie będą one walczyć o przypływ krwawych pieniędzy.

Łukasz Adamski

 

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »