Rząd Angeli Merkel przeznaczy kolejne 6 miliardów euro na zaradzenie kryzysowi imigranckiemu. Nie chodzi tu, oczywiście, o nakłady na strzeżenie granic, ale ponownie o pomagania „uchodźcom”, którzy przybyli do Niemiec prosić o azyl.

Faktu, że 75 proc. z przybyszów to mężczyźni w sile wieku, którzy bynajmniej nie wyglądają na uciekających przed wojną, niemieckie władze zdają się nie przyjmować do wiadomości. 

O wydaniu sześciu dalszych miliardów euro zadecydowała partia Angeli Merkel CDU wraz ze współrządzącą lewicową SPD. Niemcy mają nadzieję, że dzięki ich wydatkom na imigrantów znacząco wzmocni się siła niemieckiej gospodarki. Nowe środki mają zostać w dużej mierze przeznaczone na lepszą integrację uchodźców, którzy otrzymali azyl, tak, by szybciej zasilali niemiecki rynek pracy.

Z drugiej strony Niemcy chcą zaostrzyć zasady przyjmowania imigrantów. Zamierzają rozszerzyć listę tak zwanych bezpiecznych państw, a więc tych, których obywatelom zasadniczo nie przysługuje prawo do azylu, o Kosowo, Albanię i Czarnogórę. Nie zatrzyma to wprawdzie napływu imigrantów z tamtego regionu, ludzie będą jednak znacznie szybciej odsyłani, co w dłuższej perspektywie może znacząco ograniczyć ich napływ.

W niewielkim stopniu zmieni to jednak całościowy obraz kataklizmu, bo przeważająca część uchodźców pochodzi z Syrii i innych krajów Bliskiego Wschodu oraz Afryki Północnej.

Za kraje bezpieczne w 2014 roku Niemcy uznali już Serbię, Macedonię i Bośnię-Hercegowinę.

Nie oznacz to jednak zamknięcia granic dla obywateli z pozaunijnych państw Bałkan: ci będą po prostu mogli przybywać do Niemiec wyłącznie celem legalnej pracy lub edukacji, nie mogąc liczyć na azyl.

Jak podaje "Rheinische Post", łączne koszty, jakie poniesie niemiecki rząd w związku z kryzysem imigracyjnym, mogą sięgnać 10 mld euro. To równowartość około 15 proc. wpływów, jakie ma zanotować w tym roku polski budżet.

bjad/Rheinische Post