Pomysł lewicowych włodarzy z Bremy wpisuję się w niemiecką debatę na temat zasiłku socjalnego. - Niewykluczone, że wkrótce rozpocznie się drażliwa dyskusja o tym, czy wprowadzenie go nie miało wpływu na przyjście na świat tysiąca dzieci, których ich matki nie chciały – stwierdza komentator tygodnika "Der Spiegel".

A w ograniczanie dzietności i lobbing za darmową antykoncepcją włączają się organizacje nazywające siebie charytatywnymi. Takie jak np. Pro Familia, Caritas i Diakonisches Werk. Ubolewają, że kobiet nie stać na darmową antykoncepcję. - Na tabletki wydać 10 do 15 euro miesięcznie, natomiast spirala, którą trzeba zmieniać co 5 lat, kosztuje 150 do 350 euro. Trudno jest w takiej sytuacji planować życie seksualne i rodzinę – rachuje socjolog, prof. Kornelia Helfferich.

Feministki narzekają, że ubogie Niemki cechuje "brak odpowiedzialności", a mężczyźni nie chcą używać prezerwatyw. Aby upowszechniać antykoncepcję trzeba wymyślić oczywiście jakąś ideologię. Niemcy nie są tutaj oryginalni. Co najwyżej przewrotni. - Jest to skuteczny sposób na obniżenie liczby aborcji – powtarzają feministki i "zatroskani" politycy.

I naprawdę trudno pojąć ich logikę. Domagają się darmowych pigułek dla biednych kobiet, za które zapłacić ma państwo. W jakim celu? Ginekolog i polityk liberalnej Wolnej Partii Demokratycznej, Fridjof Matuszewski tłumaczy: Żeby zaoszczędzić na zabijaniu nienarodzonych, bo takie jednorazowe zabicie dziecka kosztuje 400 euro.

mm/Deutsche Welle

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »