Tekst polemiczny ojca Pawła Gużyńskiego pokazuje zupełnie jasno, że dominikanin nie rozumie w istocie o co się spieramy. Już jego język jest w całości przeniknięty aborcyjną nowomową. Wystarczy zwrócić uwagę na to, że zakonnik ani razu nie nazywa aborcji po imieniu, zabiciem człowieka. Zamiast tego mówi o przerwaniu ciąży (a może by tak zabijanie zakonników nazwać przerwaniem habitu), a aborcji czy o prawie do niej kobiety (otóż takiego prawa w Polsce nie ma, jest tylko odstąpienie od karalności aborcji w określonych sytuacjach). Przy takim języku i stojącym za nim rozumieniu rzeczywistości trudno rzeczywiście uznać, że ktoś ma prawo odmówić uczestnictwa w takim procederze, a także ma obowiązek pokazać państwu, że nie ma prawa ono od niego tego wymagać.

Jeśli jednak przyjmiemy – a naprawdę nie wymaga to specjalnego wysiłku intelektualnego, wystarczy zobaczyć jakie są skutki aborcji – że jest ona zabiciem niewinnej istoty ludzkiej, to wówczas cała argumentacja ojca Gużyńskiego legnie w gruzach. Otóż, gdy trwa proceder masowego mordy niewinnych istot ludzkich, to rolą katolika, i to nie tylko zakonnika, ale także świeckiego, jest sprzeciw sumienia wobec mordu, działania podejmowane przeciw jego legalności i wreszcie podjęcia działań – wszelkich, także tych sprzecznych z prawem stanowionym, ale jednocześnie moralnych – które prowadzić będą do zaprzestania zbrodni.

I nie chodzi tylko o zmianę prawa, ale również o doprowadzenie do sytuacji, w której ludzie – w tym lekarze – nie będą chcieli – z powodu poglądów, ale też wstydu, poczucia obciachu albo strachu przed społecznymi konsekwencjami uczestniczyć w zbrodniczych działaniach. Listy hańby, stygmatyzacja aborterów – to negatywne formy oddziaływania; a promocja sprzeciwu sumienia to metoda pozytywna. Jeśli zabraknie lekarzy, którzy chcą zabijać (tak, tak ojcze – aborcja to zabójstwo, a ustawa, która na zabijanie pozwala jest w istocie bezprawiem, które nas katolików w sumieniu nie obowiązuje) to prawo stanie się martwe, i nawet najzagorzalsi zwolennicy masowego zabijania niewinnych będą się musieli z tym pogodzić. No, chyba, że sami zakasają rękawy i zaczną zabijać.

Jednak dla ojca Gużyńskiego zarówno pozytywne (poprzez sprzeciw sumienia), jak i negatywne metody oddziaływania na złe prawo, którego nie jesteśmy – mam nadzieję, że jeszcze – w stanie zmienić są w istocie niedopuszczalne. Fundamentalne prawo wolności sumienia i wyznania, które przysługuje także lekarzom dominikanin określa „paraliżowaniem wykonywania dozwolonych przez prawo aborcji” i przekonuje, że w takiej sytuacji może to zmusić „(potencjalnie) „państwo” do zorganizowania klinik aborcyjnych, aby prawo mogło być wykonywane”. Ma to oczywiście usprawiedliwić wcześniejsze rozważania zakonnika na temat powołania takich klinik, ale jednocześnie pokazuje, czym dla dominikanina jest sumienie, i że – niestety – w istocie, mam nadzieję, że nieświadomie, stawia on wyżej prawo stanowione niż prawo do wolności sumienia i przede wszystkim prawo naturalne.

A żeby uświadomić mu, na konkretnym przykładzie, że jego myślenie jest zupełnie absurdalne, wystarczy krótki eksperyment myślowy. Otóż wyobraźmy sobie, że prawodawca nakłada na dominikanów obowiązek wykonywania wyroków śmierci na niewinnych istotach ludzkich (tak jak nałożył taki obowiązek na lekarzy ginekologów). Czy w takiej sytuacji ojciec Gużyński też uznałby, że „klauzula sumienia” i jej masowe podpisywanie przez zakonników jest „paraliżowaniem wykonywania dozwolonych przez prawo wyroków śmierci”? Czy także podkreślałby, że jeśli dominikanie nie chcą zabijać, i co gorsza podpisują „deklarację sprzeciwu sumienia”, to zmuszają „(potencjalnie) państwo do powołania klinik kar śmierci”? Czy opublikowanie listy zakonników, którzy karę śmierci wykonują z prostym komentarzem, że to lista dominikanów, którzy pohańbili habit, też uznałby za akcję obłąkańczą? Jeśli nie, a wierzę, że jednak nie, to nie widzę powodów, żeby identycznych standardów nie zastosować wobec lekarzy. Oni także mogą być (tak, tak ojcze, to wciąż jeszcze nie jest w Polsce zakazane) konsekwentnymi katolikami.

I na koniec, trudno nie wspomnieć o jeszcze jednym wymiarze tekstu ojca Gużyńskiego. Owszem głównym jego zadaniem jako kapłana jest „osadzanie Prawa Bożego w sercach przez głoszenie Ewangelii, która objawia świętość życia”. Tyle, że lekarze i publicyści nie są kapłanami, i dlatego naszym zadaniem jest publiczny, także w wymiarze politycznym i prawnym, sprzeciw wobec masowego mordu i aplikacja prawa naturalnego do prawa stanowionego. A gdy jest to niemożliwe – także dlatego, że kapłani nie przypominają politykom, że popieranie aborcji wyklucza ich z możliwości przyjmowania Eucharystii – takie postępowanie, które ograniczy, a być może uniemożliwi wypełnianie zbrodniczego prawa w praktyce. I bylibyśmy, jako świeccy wdzięczni naszym kapłanom, gdyby nie przeszkadzali oni – polityczną poprawnością i podlizywaniem się mediom- w wypełnianiu tego obowiązku. Nie bardzo też rozumiem, w jaki sposób krytykowanie lekarzy i obrońców życia przez ojca Gużyńskiego przyczynia się do „osadzania Prawa Bożego w sercach”. Mam wrażenie, że jednak się nie przyczynia, ale zapewne – co ojciec Gużyński z pasją mi wyjaśni – się mylę.

Tomasz P. Terlikowski