Katolicka (szerzej chrześcijańsko-konserwatywna) opinia publiczna i instytucja Kościoła są największymi przegranymi tych wyborów. I to nie dlatego, że wygrał akurat Bronisław Komorowski (choć niewątpliwie w kwestiach kluczowych – choćby w kwestii niezależności rodziny czy prawa do życia dzieci na wczesnym etapie rozwoju – jest mu dalej do nauczania Kościoła niż Jarosławowi Kaczyńskiemu). Główny powód jest inny. Otóż okazało się, i to jest istotne przesunięcie, że w tych wyborach główni kandydaci (obaj odwołujący się do chrześcijaństwa i jakoś rozumianego konserwatyzmu) musieli zmierzyć się z agendą tematyczną narzuconą przez postępowców. I zamiast jasno ją odrzucić – zdecydowali się albo kluczyć (jak robił to niekiedy Jarosław Kaczyński), albo wręcz przyjąć jej główne założenia (jak zrobił to Bronisław Komorowski, opowiadając się za in vitro, podpisując niebezpieczną dla milionów polskich rodzin ustawę czy domagając się parytetów dla kobiet).
I niestety zabrakło jasnej odpowiedzi Kościoła czy choćby konserwatywnej, prorodzinnej opinii publicznej na to zjawisko. Nie pojawiły się jasne głosy domagające się odrzucenia agendy lewicy, a skandaliczna z punktu widzenia spójności rodziny (która jest wartością – o czym przypominali papieże od czasów Leona XIII – której państwo nigdy nie może naruszać) decyzja Bronisława Komorowskiego o podpisaniu ustawy o przemocy w rodzinie nie skłoniła wcale popierających kandydata PO hierarchów do odwołania spotkań z nim (o których szeroko informował później KAI), a głos nielicznych oburzonych rodziców był w znaczącym stopniu ignorowany.
Nie ma się zresztą szczególnie czym dziwić, skoro otwarte zanegowanie i lekceważenie stanowiska Stolicy Apostolskiej w kwestii zapłodnienia in vitro także nie skłoniło choćby kardynała Dziwisza do odwołania spotkania z Komorowskim. Z komunikatu Konferencji Episkopatu Polski zniknęły (w porównaniu z dokumentem Rady ds. Rodziny) jakiekolwiek wzmianki o odpowiedzialności moralnej i eklezjalnej polityków za stanowione prawo. A wszystko po to, by nie zaszkodzić – jasną deklaracją – kandydatowi PO.
Ale to wszystko jest tylko konsekwencją wcześniejszej decyzji o wycofaniu się Kościoła hierarchicznego z walki o prawo i moralność publiczną. Agendę w kwestiach kluczowych dla życia, rodziny i przyszłości naszego kraju narzuca więc obecnie obyczajowa lewica, a Kościół hierarchiczny, co najwyżej reaguje na nią głosami oburzenia, które nie przekładają się na konkretne działania: odmowę komunii świętej dla polityków lekceważących najistotniejsze elementy nauczania Kościoła (choćby w kwestii życia), jasne przedstawienie własnej agendy spraw ważnych (w których obrona życia, spójność rodziny, walka z promocją dewiacji – zajmowałaby takie miejsce, jak wśród postępowców zajmuje zabijanie nienarodzonych czy przyznawanie homoseksualistom uprawnień małżeńskich) i jej późniejsze egzekwowanie od kandydatów. Nie w prywatnych rozmowach, ale w publicznych wystąpieniach.
Takie działanie hierarchii wymaga jednak oparcia w wiernych. A tego wyraźnie (i to nie od dzisiaj) brakuje. Nasz katolicyzm, podobnie jak nasz obyczajowy konserwatyzm, nie jest realną podstawą naszych decyzji. Można założyć, że niemała część wyborców Komorowskiego nie jest zwolennikami odbierania rodzicom możliwości wychowywania własnych dzieci czy przekazywania urzędnikom kontroli nad życiem rodzinnym. A jednak fakt, że podpisał on ustawę w niczym nie zmieniła ich głosu. Podobnie można założyć, że niemała część wyborców obu kandydatów jest katolikami, ale to wcale nie skłania ich do kierowania się przy urnie zasadami swojej wiary, która pozostaje na ten czas odłożona na półkę… I nie skutkuje w działaniach publicznych. A to oznacza, że hierarchia nie ma broni, dzięki której mogłaby zagrozić politykom, którzy – powołując się na swój katolicyzm – otwarcie go w swoich działaniach negują.
I to jest groźne dla przyszłości Polski. Bez tej broni – w rękach hierarchii, a także liderów konserwatywno-chrześcijańskiej opinii publicznej – nie ma bowiem szansy na zatrzymanie fali obyczajowych przemian. Już teraz politycy – i to zarówno PO jak i PiS (w tej drugiej partii zdecydowanie rzadziej) – otwarcie wspominają o konieczności wprowadzenia w Polsce jednopłciowych konkubinatów czy opowiadają się za refundowaniem in vitro. A będzie tylko gorzej, bowiem to obyczajowa lewica dyktuje teraz warunki, i ona dzięki wsparciu mediów i instytucji europejskich znajduje się obecnie w natarciu.
Aby te przemiany zatrzymać potrzebna jest świadomość, że wojna kultur się toczy, że nasze wybory mają w niej znaczenie, i że od tego, czy wreszcie się ruszymy czy nie zależy życie naszych dzieci. Jeśli więc chcemy, by do Polski nie dotarła obyczajowa rewolta konieczne jest przejście do ataku, odejście od strategii czystej reaktywności i narzucenie (a później egzekwowanie) własnej agendy rzeczy ważnych: z życie i rodziną na czele. Brak zaangażowania po tej stronie, brak walki oznacza, że – nawet nie nasze dzieci, ale my sami – będziemy żyli w Polsce uszytej na miarę Napieralskiego. A szyć ją będą – wcale by mnie to nie zdziwiło – politycy, którzy co tydzień będą przystępować do komunii, przed wyborami spotykać z biskupami, a programach odwoływać do chrześcijaństwa.
I to także jest lekcja, którą trzeba wyciągnąć z tych wyborów.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

