Przyjmując, że życie powstałe z połączenia komórki jajowej i plemnika nie jest człowiekiem (jeszcze) zwolennicy „prawa wyboru” uciszają własne sumienia, odsuwają problem uznając, że on ich nie dotyczy, że jest to tylko kwestia decyzji kobiety i (lub) lekarza dokonującego „zabiegu”. Dokładnie w taki sam sposób zachowywali się Niemcy podczas krótkiego okresu trwania „Tysiącletniej Rzeszy”, którzy odmawiając Żydom (i innym narodom) człowieczeństwa przyznali sobie jednocześnie prawo do ich zabijania. Argument „ad Hitlerum” kończący, w opinii wielu internautów, dyskusję i jednocześnie decydujący o przegranej strony, która go użyła jest w tym wypadku uzasadniony. Zwłaszcza, jeżeli dotyczyć ma aborcji eugenicznej, czyli tej przeprowadzanej z powodu wykrycia u poczętego dziecka jakiejś wady rozwojowej (bądź choroby). W „rozwiniętych” krajach Europy około dziewięćdziesięciu procent dzieci, u których wykryto w okresie prenatalnym zespół Downa, jest zabijanych. Tendencja jest taka by prawo do narodzin otrzymywali wyłącznie pełnowartościowi ludzie, którzy w przyszłości nie będą ciężarem dla swoich rodziców, opiekunów i państwa. Nawiązania do niemieckiej akcji T-4, której celem było wyeliminowanie ze społeczeństwa ludzi ludzi chorych (głównie psychicznie) są oczywiste a słynny plakat ją firmujący (z hasłem: „60.000 marek kosztuje utrzymanie osoby chorej psychicznie przez całe jej życie. Towarzyszu! To są także twoje pieniądze!”) mógłby z powodzeniem – po drobnym retuszu – reklamować klinikę, w której można pozbyć się „kłopotu” w postaci chorego dziecka. Bo tak naprawdę całe to „prawo wyboru” sprowadza się do tego, że kobietom wskazuje się dwa przeciwstawne kierunki: wygodne, beztroskie życie albo przyjęcie odpowiedzialności za rozwijające się ich ciałach życie. Odpowiedzialności, którą najłatwiej przeliczyć na pieniądze, na owe symboliczne sześćdziesiąt tysięcy marek.
Swoją drogą pogląd jakoby odniesienie do nazizmu, Trzeciej Rzeszy i Hitlera zamykał dyskusję został – moim zdaniem – wymyślony przez ludzi, którzy nie potrafią tego argumentu odbić i wiedzą bardzo dobrze, że jest on słuszny i prawdziwy. To prawda, że nieprzyjemny i uderzający w łeb, ale to przecież nie powoduje, że nagle traci wartość i staje się bezużyteczny. Argument ten jest odrzucany głównie przez ludzi, którzy boją się poruszenia własnych sumień, boją się realizmu obrazu śmierci i zniszczenia znanego z fotografii zrobionych w niemieckich obozach zagłady. Ci sami ludzie najgłośniej protestują przeciwko antyaborcyjnym wystawom – nie są w stanie znieść widoku śmierci, na którą się godzą siedząc w wygodnych fotelach i perorując o prawie kobiet do własnego brzucha tak, jakby chodziło o zwrócenie ciążącego na żołądku nadmiaru zjedzonej pizzy. Śmierć, zwłaszcza ta zadana z premedytacją i w bestialski sposób, nie jest fotogeniczna, nie wygląda ładnie oprawiona w ramy i nikt normalny nie wiesza jej sobie nad łóżkiem czy kominkiem. Ale to nie znaczy, że nie jest prawdziwa.
Jeżeli przestaniemy rozmiękczać pojęcia i zaczniemy nazywać rzeczy po imieniu (człowieka – człowiekiem, morderstwo – morderstwem, bestialstwo – bestialstwem) to zobaczymy ogrom zła, który dzieje się na naszych oczach. Zobaczymy, że tzw. „prawo wyboru” to w rzeczywistości zgoda na mordowanie najbardziej niewinnych istot, które w dodatku nie mogą się bronić zdane na łaskę i niełaskę swoich matek. Matek, które przecież mogą wybrać – urodzić czy nie urodzić, zabić czy pozwolić żyć?

