Pracodawcy spotykający się sam na sam z podwładnymi będą musieli już niebawem nagrywać takie spotkania. Parlament dał m.in. pracownikom do ręki ogromne narzędzie nacisku na swoich szefów. Prezydent Bronisław Komorowski podpisał dziś ustawę "antydyskryminacyjną". A w niej poza szeregiem unijnych bzdur można wyczytać, że to człowiek oskarżony o dyskryminację musi udowodnić, że nie dopuścił się tego czynu!

Artykuł 14 ustawy nie tylko jest sprzeczny z zasadą domniemania niewinności, ale również tak głupi, że każe się zastanowić nad zdolnościami umysłowymi wszystkich, którzy głosowali za ustawą. "Kto zarzuca naruszenie zasady równego traktowania, uprawdopodobnia fakt jej naruszenia. W przypadku uprawdopodobnienia naruszenia zasady równego traktowania ten, któremu zarzucono naruszenie tej zasady, jest obowiązany wykazać, że nie dopuścił się jej naruszenia" - brzmi ten fragment regulacji. Co mogą oznaczać w praktyce przyjęte przepisy?

Zobaczmy na przykładzie: Pani X oskarża swojego szefa o molestowanie seksualne. Zeznaje w sądzie, że któregoś wieczoru, gdy już nikogo nie było w pracy, szef podszedł do niej i powiedział, że dostanie awans, jak pójdzie z nim do łóżka. Stanowisko wyższe niż jej się właśnie zwolniło, ona jest piękną kobietą, a o szefie w pracy chodzą plotki, że kobieciarz (co zeznają również świadkowie) - ot i wypełnione warunki uprawdopodobnienia przestępstwa. Co na swoją obronę może mieć oskarżony? Jego szczęście, jeśli w firmie zamontowano monitoring – może obronić się pokazując film. Jednak, gdy go nie ma, osoba taka ma przechlapane. Jak ma udowodnić, że słowa pani X to wymysły, a on jej nie molestował? Przyniesie zaświadczenie, że jest impotentem?

Choć o polskiej legislacji krytycznych głosów powiedziano wiele, aż tak głupie ustawy to jednak rzadkość. Nowe prawo "antydyskryminacyjne" być może zostanie uchylone przez Trybunał Konstytucyjny, i oby tak było. Inaczej stanie się prawdopodobnie narzędziem niszczenia ludzi, z zawiści oskarżanych masowo o nierówne traktowanie.

W całej Europie ustawy antydyskryminacyjne są w rękach homolobby pałką do bicia społeczeństwa po głowie i narzędziem zniewolenia normalnej większości. Polski Sejm postanowił nie tylko pójść śladami tak "europejskich" krajów, jak Wielka Brytania, czy Hiszpania, ale również rozszerzyć możliwości wykorzystywania "dyskryminacji" do prywatnych celów w każdym przypadku. Wygląda więc na to, że wraz z zacieśnianiem współpracy z Unią Europejską nasi posłowie przestali używać głów. Czy członkostwo w zjednoczonej Europie musi kosztować nas utratę rozumu?

Stanisław Żaryn

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »