- Jako osoba niewierząca, traktuję akt apostazji jako formalną cezurę, oficjalne odcięcie się od instytucji, która sama mnie zeń wypycha (w Polsce, najwyraźniej Kościół nie jest wspólnotą wiernych, ale biskupów), która nie szanuje człowieka, piętnując moich rodziców i mnie ze względu na sposób, w jaki zostałam poczęta. Instytucji, której nie czuję się, nie jestem i nie chcę być częścią, ani być traktowana jako taka – oznajmiła Ziółkowska.

A dalej po raz pierwszy wyjaśniła, że dla niej piętnowaniem jej osobiście jest już sama negatywna ocena metody in vitro. - Co najbardziej mnie szokuje, w swojej pokrętnej argumentacji biskupi, a także niektórzy prawicowi publicyści, starają się usilnie w kwestii leczenia niepłodności metodą in vitro oddzielić efekt (posiadanie dziecka) od metody (zapłodnienie pozaustrojowe). Jest to o tyle w kuriozalne, że w tym przypadku bardziej niż w jakimkolwiek innym po prostu nie można tego zrobić. Bez metody nie byłoby efektu. Gdyby nie in vitro, to mnie ani blisko 5 mln innych osób nie byłoby na świecie. Hipokryzją jest wmawianie winy ontologicznej z powodu poczęcia in vitro, a następnie udawanie, że nie powinnam czuć się tym osobiście dotknięta (przecież jako nieświadome dziecko byłam niewinna, to moi rodzice byli grzesznikami i mordercami), że Kościół mnie kocha, i nie powinnam mieć do nikogo pretensji. No, chyba że do własnych rodziców, którzy poczęli mnie w tak niegodziwy (cytuję za ks. F. Longchamps de Bérier) sposób. Hipokryzją jest twierdzenie, że piętnowanie sposobu poczęcia dzieci urodzonych dzięki in vitro nie jest równoznaczne z piętnowaniem ich samych. Otóż jest. Uderza w ich godność oraz stawia pod znakiem zapytania ich prawo do życia – oznajmia. I już tych kilka słów pokazuje, że tu nie chodzi o język, a o to, że pani Ziółkowska wprost kwestionuje prawo do negatywnej oceny moralnej samej procedury zapłodnienia pozaustrojowego.

TPT/Wyborcza.pl