Nie jestem aż takim estetą, żeby ubolewać nad tym, że polscy politycy klną. Nie zaskakuje mnie to, bo wiem jakim językiem posługują się dziennikarze, a nawet wykładowcy akademiccy. I naprawdę nie jest on ani o jotę lepszy, niż ten, którym posłużyli się panowie Sienkiewicz i Belka. Bawią mnie więc wyrazy oburzenia na twarzach dziennikarzy czy przekonywanie, że największym problemem był wulgarny język, który uraził uszy medialnych wrażliwców.

Mnie tam ten język nie zachwyca, ale nie on jest problemem. W istocie bowiem chodzi nie o to jakim językiem, ale o czym rozmawiali ministrowie i urzędnicy państwowi. A rozmawiali oni o tym, jak ominąć polską konstytucję, jak bank centralny może przyczynić się do zwycięstwa PO w wyborach. I jakoś trudno nie dostrzec, że rozmowy te nabrały ciała, zostały zrealizowane. Stąd zapewnienia Tuska, że Sienkiewicz rozmawiał z własnej inicjatywy brzmią zwyczajnie niewiarygodnie, a śpiewka, że „nic się nie stało” jest żenująca.

Trudno nie dostrzec też, że cała ta sprawa pokazuje, że przynajmniej w kwestii polskiego państwa minister Sienkiewicz miał rację. Jego własne ministerstwo, ale i ten rząd sprawiły, że nasze państwo rzeczywiście jest jak „ch..., d... i kamieni kupa”. Jeśli bowiem minister na takie spotkanie wybiera nie sprawdzoną wywiadowczo knajpę, jeśli prezes banku centralnego ustala politykę swojej instytucji przy sześciu kieliszkach wódki, to nie jest dobrze. A jeszcze gorzej, że takie taśmy są w dyspozycji służb. Nie jest wcale jasne jakich.

To wszystko pozwala postawić tezę, że jednak coś się stało. I nie chodzi o estetykę, ale o stan państwa. Konieczna jest polityczna zmiana. Taka, która pozwoli coś odbudować. I dla konstatacji tej nie ma znaczenia to, kto i dlaczego rozpoczął aferę, i jakie były jego intencje. My musimy przeprowadzić realną rewolucję moralną. Bez niej nie pozostanie nam nawet „kamieni kupa”.

Tomasz P. Terlikowski