„Ona woli kobiety. On woli być kobietą. Właśnie urodziło im się dziecko. I trochę się martwią, że będą z tego kłopoty” - tak zaczyna się artykuł Mai Kaim zatytułowany „Poplątani”. Tytuł niezwykle adekwatny do treści, bo sama musiałam maksymalnie wytężyć swoją uwagę, aby „zaczaić” o co duetowi Greta i Jan-Ania tak naprawdę chodzi.
Otóż, 39-letni Jan od dziecka nie dogadywał się chłopakami, był trochę inny, samotnik, kiepsko grał w piłkę, „żeby nie powiedzieć pedalski”. Wszak nie interesowali go inni chłopcy, zawsze podobały mu się dziewczynki, „zwłaszcza te grzeczne”. Z czasem zaczął się przebierać w damskie fatałaszki. Na początku nieśmiało, w ukryciu, żeby nikt w rodzinnym miasteczku go nie zobaczył. Ale kiedy tylko wyjechał do Warszawy... chulaj dusza, piekła nie ma. Na uczelnię przychodził jako Jan, a wieczorem na koncertach ze znajomymi bawiła się Ania. Ale płci operacyjnie nie chciał zmieniać, bo wiedział, że „przecież i tak nigdy w stu procentach nie będzie kobietą”. Poza tym, po terapii hormonalnej mogła mu się zmienić orientacja, a on nie chciał, aby nagle zaczęli mu się podobać faceci. „Ostatecznie zaakceptowałem, że jestem dwiema kobietami w jednym ciele” - deklaruje.
Jan w przebraniu Ani poznał w końcu Gretę, która „już jako nastolatka wiedziała, że nie pociągają jej mężczyźni”. Najtrudniej było jej zaakceptować ciało Jana-Ani. „Męskie, inne niż te, które dotąd ją pociągały. Ale w końcu się zakochała”. Ponoć najpierw w osobowości, ale potem także w „kobiecej figurze” mężczyzny przebranego za kobietę. „Bardzo lubi na przykład puszczać ją przodem, by popatrzeć na jej zgrabną pupę”.
W końcu Jan-Ania i Greta postanowili sformalizować swój związek w obecności burmistrza Sochaczewa, z którego pochodzi Greta. Niby wszystko się zgadzało, nie było żadnych przeszkód: oficjalnie w związek małżeński wstępowała ona i on, Jan i Ania. Ale na uroczystość przyszły dwie ubrane tak samo osoby, w garnitury i fioletowe kapelusze oraz „gromadka dziwadeł w fatałaszkach”. Nawet część środowiska lesbijskiego poczytała to Grecie za zdradę – w końcu wyszła za faceta. Niektóre mówiły, że to zaszkodzi homoseksualistkom, bo Greta będzie stawiana za przykład „tej, którą udało się „nawrócić” na mężczyznę”.
Szczerze mówiąc, w tym „nawróceniu” coś jest, bo jaka z Grety lesbijka, skoro nie dość, że wyszła za mąż za mężczyznę, to jeszcze urodziła mu dziecko (nikomu nie zaglądając pod kołdrę, ale skoro Jan operacyjnie płci nie zmieniał, to poczęte jak Pan Bóg przykazał, ze współżycia kobiety i mężczyzny). Jednak fakt przebieranek Jana w damskie ciuszki jest dla „Newsweeka” tak bezprecedensowy, że jego redaktorzy postanowili uczynić tę „poplątaną” parę ikonami walki i równouprawnienie dla tego typu dewiacji. Bo czym innym tłumaczyć wielkie na 1,5 stronyu zdjęcie uśmiechniętej mamy, „tatusi” i małego Ignacego, pierwszego w Polsce transika”?
Czego najbardziej obawiają się teraz rodzice chłopca? Proste, że w tym homofobicznym i w ogóle zacofanym kraju, jakim jest Polska inne dzieci będą się wyśmiewały z ich potomka. „Takie dziecko może czuć się słabsze, gorsze. Po prostu może cierpieć – ostrzega Justyna Piątkowska, psychoterapeutka i seksuolożka z Gdańska. Dlatego rodzice deklarują, że małego nie poślą do normalnej szkoły, tylko do takiej, gdzie normą jest inność. Wprawdzie, nie mają jeszcze pomysłu, co odpowiedzą Ignacemu, gdy ten zapyta, dlaczego inne dzieci mają tatusia, a on „tatusię”, ale zapewniają, że okłamywać go nie będą i postarają się „dozować mu stopnie wtajemniczenia”.
Właściwie, brak słów, aby skomentować całą tę sytuację. Na myśl przychodzi mi tylko jedno – że gdyby temu państwu, Grecie i Janowi-Ani rzeczywiście zależało na dobru malucha i nie chcieliby go narażać na pośmiewisko, to przestaliby robić z samych siebie klaunów. Pan Jan-Ania, który na poród poszedł do szpitala jako Jan, zrzuciłby ciuszki Ani i ze swoją żoną-niby lesbijką, która koniec końców współżyje z mężczyzną nie szliby do „Nesweeka”, żeby robić wokół siebie (i swojego „transika”) rozgłosu na całą Polskę. Tylko tyle i aż tyle.
Marta Brzezińska
