„Kiedy w latach 90. uważałem, że w Polsce panuje hegemonia «Gazety Wyborczej» - pod maską liberalnych frazesów narzucającej autorytaryzm jednego środowiska i jednego człowieka - na przekór tej hegemonii zdryfowałem ostro na prawo. Kiedy Marka Jurka przedstawiano w «Wyborczej» jako sadystę wzywającego do bicia dzieci, stanąłem po stronie Marka Jurka, bo uważałem, że jest w tej rozgrywce słabszy. Myślałem nawet, że jako słabszy wówczas, także później, kiedy już będzie silniejszy, zrozumie wartość liberalnych ograniczeń politycznej czy medialnej siły. Tu się pomyliłem. Bo kiedy Marek Jurek sam stał się silniejszy, jako marszałek Sejmu postanowił docisnąć kolanem polską konstytucję. Wbrew ludziom o poglądach bardziej liberalnych czy lewicowych, którzy nie mogli się bronić, bo przecież przegrali wybory. Wygrała prawica. Więc Marek Jurek przestał się liczyć ze zdaniem pokonanych” - napisał przed trzema laty na łamach „Dziennika” były konserwatysta Cezary Michalski. Wątek obrony słabszych przed „tyranią większości” przewija się w publicystyce Michalskiego dosyć często. Zastanawiające jest tylko, czy jest to próba usprawiedliwienia swojej wolty ideologicznej, czy może szczera troska o prześladowanych przez polskie kołtuństwo?
Obrońca słabszych, na jakiego w ostatnich latach kreuje się były wicenaczelny „Dziennika”, przeszedł prawdziwą metamorfozę, która wypchnęła go ze środowiska „wymachujących krzyżem z braku innego poręcznego narzędzia” konserwatystów wprost w ręce otwartych na świat (i na RAF) chłopców z „Nowego Wspaniałego Świata”. Michalski, jak każdy neofita, w swojej nowej roli jest prawdziwym wzorem gorliwości. Proponuję więc przyjrzeć się różnym słodkim piruetom intelektualnym, jakie prezentuje on w swoich felietonach. Z uwagi na to, że jest to autor wyjątkowo płodny (choć Stanisława Michalkiewicza raczej nie przebije), warto się skupić na tekstach, które zamieszcza on po 10 kwietnia 2010 roku na portalu „Krytyki Politycznej”. Można znaleźć tam prawdziwe perełki autora Powrotu człowieka bez właściwości. Perełki te są zresztą kwintesencją myśli współczesnego, prawie niszowego lewicowca.
Stojący przy koksowniku?

„Czasem mam wrażenie, że tylko jedna Magdalena Środa rozumie, co ja tutaj piszę” - wyznał niedawno Michalski w swoim tekście o jakże znamiennym tytule „Zanim skopiecie Palikota”. I trudno się z nim nie zgodzić. Coraz więcej ludzi nie dorasta do pięt Panu Czarkowi i nie rozumie jego histerycznego tonu, dzięki któremu coraz bardziej przypomina on Ala Gore’a sportretowanego w „South Parku”. Al Gore w ujęciu twórców tego genialnego serialu jest sfrustrowanym histerykiem, którego nikt, jako byłego wiceprezydenta, nie traktuje poważnie. Dlatego przebiera się on za supermana i lata po świecie przestrzegając o groźbie pojawienia się ManBearPiga (człowieko-małpo-świniaka), który niszczy nasze środowisko naturalne. Michalski również znalazł swojego mutanta, przed którym z szałem w oczach przestrzega. W tym celu jest nawet w stanie potraktować z litością słabego Janusza Palikota. Były wicenaczelny „Dziennika” (autor wywiadu-rzeki z „płonącym kotem z Biłgoraja”) nie widzi dziś powodu, „żeby z nim polemizować, kiedy silni stali się jego wrogowie (po Smoleńsku)”. „Przed Smoleńskiem jego brutalność była może skuteczna, ale nie była potrzebna, teraz jest potrzebna, choć niekoniecznie skuteczna” - pisze były konserwatysta, który nauczył się również wybierać mniejsze zło. „Może nawet z moją dzisiejszą posmoleńską wiedzą o prawdziwym potencjale polskiego «republikanizmu», 13 grudnia stanąłbym przy koksowniku? (No nie, muszę przecież wierzyć we własne dzieciństwo, poza własnym dzieciństwem człowiek nic już nie ma, muszę zatem wierzyć, że pierwsza «Solidarność» nie była taka jak dzisiejszy Wildstein, «młody» Krasnodębski nie był taki jak Krasnodębski «stary», a «młody» Wojtyła nie był taki jak «stary» Terlikowski, Tomasz Piątek musi się mylić…)” - zauważa Michalski. Zresztą Wildstein, Terlikowski, Ziemkiewicz, Krasnodębki i paru innych „prawicowych dziennikarzy” są częstymi bohaterami tekstów Michalskiego. Zdaje się nawet, że gdyby te ManBearPigi nie istniały, to Michalski musiałby sobie je wymyślić podobnie jak Kapuściński, który wymyślał swoje przygody w Afryce. Jednak prawdziwym wrogiem Michalskiego nie jest Terlikowski w kapturze hiszpańskiego inkwizytora, który chce zakazać zabijania dzieci nienarodzonych. Okazuje się, że największym problemem dla radujących się ciepłą wodą z kranu są „naziole”, którzy nie stali tam, gdzie stało ZOMO (czyli przy koksownikach?).
Naziści kontra dupy i dziennikarskie tałatajstwo
„Także polska, bardziej dupowata odmiana Adolfa Hitlera, podobne rzeczy mówi zawsze, kiedy tylko w wyborach przegrywa, a przegrywa także prawie zawsze. Naziole pierwotni, kiedy ich pytano o ich faktyczny stosunek do Żydów, o realizm ich koncepcji polityki zagranicznej, o problemy w ich własnej partii, o Noc Długich Noży… zamiast wikłać się w ryzykowny dialog z pytającymi, wybierali konsekwentny monolog. Ich ówczesne odmiany Kemp i Błaszczaków odpowiadały, że to są tematy zastępcze, podczas gdy w rzeczywistości należy pytać o słabość weimarskiego państwa, o spolegliwość weimarskich elit politycznych wobec Francji i Wielkiej Brytanii… Ten ich nieustający monolog był nie do podważenia przez żadne ówczesne odmiany Monik Olejnik, Jacków Żakowskich czy Tomaszów Lisów. Nawet ówczesne odmiany «Szkła kontaktowego» (kabarety berlińskie były ponoć nawet nieco śmieszniejsze od «Szkła kontaktowego», a Kurt Tucholsky jako satyryk nieco ciekawszy od późnego Jacka Fedorowicza) i tak, pomimo swej wysokiej jakości, rozśmieszały tylko przekonanych antynazioli, podczas gdy przekonanych nazioli rozwścieczały i mobilizowały do walki z systemem” – pisał Michalski w tekście „Naziole i Weimar”. Tekst ten zawiera wszystkie lęki, frustracje i przesądy modnego, zniewieściałego, wrażliwego i wiecznie zmanierowanego polskiego (i chyba internacjonalnego) intelektualisty. Michalski jednak w przeciwieństwie do swoich kolegów po fachu, którzy publicznie w umiarkowany sposób wyrażają swoją nienawiść do Kaczorów, zachowując najbardziej radykalną jej formę na pogawędki domowe, wali w swoich tekstach prosto z mostu. To już nie jest Michnik porównujący styl uprawiania polityki pisowców do bolszewików. Ba, to nawet nie jest Kutz, bredzący coś o sojuszu faszyzmu i Kościoła, ani nawet Palikot mówiący o krwi na rękach Lecha Kaczyńskiego. Michalski wali lewym prostym mającym uświadomić nam, że wraz z pochodniami z Krakowskiego Przedmieścia idzie do nas czysty nazizm.
„Zatem mamy nasz dupowaty Weimar i dupowatych nazioli. Z dwojga złego jestem gotów bronić dupowatego Weimaru przed dupowatymi naziolami, ale nie wiem, czy muszę. Nauczanie prawdziwych nazioli o tym, że Traktat Wersalski był klęską Niemiec i że Niemcom, aby się odrodziły, potrzebny jest krwawy mit założycielski, było groźniejsze niż bredzenie naszych dupowatych nazioli o tym, że upokarzającą klęską Polaków był Okrągły Stół, a katastrofa smoleńska stała się krwawym mitem założycielskim, na który Polacy czekali przez dwadzieścia lat” - kontynuuje autor. W tym miejscu Michalski ujawnia swoją kolejną pasję, jaką jest walenie w „mit smoleński”, którego wieszczem jest Jarosław Marek Rymkiewicz. „Właściwie tylko pisarzy antyweimarskich mamy nie gorszych od niemieckich. Jarosław Marek Rymkiewicz literacko nie jest słabszy od Ernsta Jüngera (mam oczywiście na myśli jego eseje, a nie poezję obywatelską), choć mnie to akurat nie cieszy, bo nie jestem wyłącznie estetą” - zauważa były konserwatysta. Porównanie to jest piękne stylistycznie i erudycyjne, jednak jest puste jak wydmuszka. Michalski nie odkrywa żadnej Ameryki. Już od wielu dekad każdy, kto sprzeciwia się jakiejkolwiek formie komunizmu, jest wpychany do szufladki z napisem „faszysta albo naziol”. Mniej więcej takie rzeczy pisali już o różnych prawicowych rządach francuscy, hiszpańscy, amerykańscy, chilijscy, włoscy czy brytyjscy Michalscy. Jednak dokopywanie Kaczorom jest dziś nie tylko trendy, jak kawka w „Nowym Wspaniałym Świecie”, ale również wynika pewnie z potrzeby powstrzymania „niesamowicie silnej opozycji”, która depcze po piętach słabego Tuska. W końcu Michalski, jak sam sugeruje, opowiada się zawsze po stronie słabszego. To pewnie dlatego autor w błyskotliwy sposób skonstatował, że Jarosław Kaczyński odkrył fakt porwania zmasakrowanego ciała swojego brata przez porywaczy ciał. „Skoro ciało jeszcze w Smoleńsku należące do Lecha Kaczyńskiego bez cienia wątpliwości, pod Wawelem stało się ciałem kogoś innego, zupełnie Jarosławowi Kaczyńskiemu nieznanego, «body snatchers» (porywacze ciał) musieli zaatakować w drodze, gdzieś pomiędzy Rosją a Polską (uderzyli w samolocie? To całkiem możliwe, przecież, jak pamiętają wszyscy widzowie kultowego filmu, «body snatchers» to piekielnie inteligentne zarodniki z kosmosu). W umyśle każdego uważnego widza Inwazji porywaczy ciał (a ja do takich widzów należę, widziałem ten film dokładnie sześć razy), rodzi się jednak podstawowa wątpliwość: po co «body snatchersom» straszliwie zmasakrowane ciało Lecha Kaczyńskiego (a po co jego ciało Rosjanom?)? Jak pamiętamy, te piekielnie inteligentne zarodniki po milionach lat błądzenia w zimnych otchłaniach kosmosu trafiwszy na Ziemię wybierały ciała bez wyjątku ŻYWE!” - pyta w swoim stylizowanym na felieton tekście Michalski. Takich cytatów można z tekstów Michalskiego wykopać całą masę. Nie ma sensu tego jednak robić. Teksty autora w gruncie rzeczy zawierają dokładnie te same tezy przybrane tylko innymi słowami. Teksty byłego konserwatysty na temat polski „posmoleńskiej” można zmieścić w jednym schemacie, w którym jest zły Kaczor ze swoją armią ciemnogrodzian na przeciw otwartym na świat liberałom. Zły Kaczor, a raczej ManBearPig, ma wokół siebie tych samych mrocznych orków: Ziemkiewicza, Wildsteina, Terlikowskiego, Krasnodębskiego i paru innych, którzy na dodatek uprawiają, wynaleziony w USA, Sushi-mesjanizm. „Chcę, aby w takiej sytuacji dominującym wyborem był w dzisiejszej Polsce wybór modelu świeckiej i liberalnej Europy (w której naprawdę wolno wierzyć w Boga i wolno nie dokonywać aborcji ani eutanazji, choć nie wolno porównywać kobiety dokonującej aborcji do SS-mana mordującego Żydów. Wolno nie być gejem, choć nie wolno wyzywać gejów od zboczeńców). Właśnie dlatego będę politycznie walczył z sushi-mesjanizmem” - ostrzega Michalski, który walczy z nim nawet we fragmencie swojego tekstu o kotach. „Nasz kot Funiek (ma imię tak dziwne, bo przez pierwsze tygodnie życia uważaliśmy go za kotkę, a ponieważ strasznie kichał, nazwaliśmy go wtedy Funią, to opowieść najzupełniej prawdziwa, a nie jakieś popisywanie się kocim transseksualizmem) też nie został skażony wirusem, bo ten wirus dotyka i przemienia wyłącznie ludzi (Pospieszalski, Lichocka, Karnowscy, Krasnodębski, Ziemkiewicz, a nawet Kaczyński… ja ich wszystkich przecież znałem, kiedy jeszcze nie krążyli po ulicach z wyciągniętymi rękami, powtarzając głucho «smoooleńsk, smoooleńsk, smoooleńsk» i usiłując kogoś ugryźć)”. Zresztą Michalski nie ukrywa swojej szczerej pogardy dla tego prawicowego „świtu żywych trupów”, który zapewne prześladuje go w snach niczym Freddie Krueger. „Ziemkiewicz pieklący się na Platformę za to, że odbierze mu jego ostatnie pasma i odda je «salonowi» (może być spokojny, ona ich nikomu nie odda), Paweł Lisicki śmiertelnie przerażony, że go jednak z tej «Rzepy» wykopią po ostatecznej klęsce Jarosława Kaczyńskiego, za którego panowania na rzepowym tronie Lisickiego przecież osadzono (choć istotnie, przyznaję się bez bicia i bez nadmiaru resentymentu, że skorzystał ze swej szansy lepiej niż niejeden z nas)”. Piotr Skwieciński natomiast, mimo tego, że jest najpoważniejszy z „tego całego tałatajstwa”, pieprzy o „eksterminacji konserwatywnych dziennikarzy”. Całe szczęście, że Michalski uniknął tej eksterminacji, zrzucając ciężką skorupę konserwy.

Jednak „jawny współpracownik” „Krytyki Politycznej” nadal zdaje się marzyć o rządach prawicy w naszym kraju. „Centroprawica wprowadziła we Francji ustawę dopuszczającą aborcję w pierwszych miesiącach ciąży. Po to, by nie trzeba było «zabijać dzieci» w nielegalnych klinikach, w siódmym czy ósmym miesiącu. W Polsce katolicka prawica nie chce negocjować nawet na poziomie pigułek wczesnoporonnych, nawet na poziomie dotowanej przez państwo antykoncepcji. Nie chce, bo nie musi. Ma zbyt silną pozycję” - pisał w jednym z felietonów.
Zdziczenie katolickich publicystów
Nie podejmuję się próby rozstrzygania, w jakiego boga wierzy Cezary Michalski. Za słabo znam jego wczesne prace i wieloletnią publicystykę, by oceniać jego podejście do kwestii metafizycznych. Nie ulega jednak wątpliwości, że dla dzisiejszego Michalskiego wolność nie kończy się tam, gdzie narusza ona wolność drugiego człowieka. Autor jeszcze zanim udał się na swoją krucjatę na portal „Krytyki Politycznej”, prezentował ciekawy stosunek do życia ludzkiego na łamach „Dziennika”. Wtedy jednak starał się on wchodzić w skórę osoby będącej w centrum sporu między cywilizacją śmierci a cywilizacją życia. „Zarówno Napieralski, jak i frondyści źle się czują w dzisiejszej Polsce. Napieralskiemu bardziej odpowiadała rzeczywistość sprzed roku ’89, gdzie państwo z Kościołem walczyło, z kolei frondyści udają, że lepiej czuliby się w jeszcze bardziej zamierzchłej przeszłości, zanim rozdzierana brutalnymi religijnymi konfliktami Europa wypracowała zasadę rozdziału Kościoła od państwa” - pisał w jednym z felietonów komentującym sprawę 14-letniej Agaty, która została zmuszona do zabicia swojego nienarodzonego dziecka. W innym miejscu „wyważony” Michalski, który nie uznaje zasady, że prawo kanoniczne obowiązuje każdego katolika, pisał, że: „nie staliśmy się republiką islamską, gdzie niszczy się świeckie państwo i prawo, jeśli nie dostosowują się do rozstrzygnięć Koranu. Polska po roku 1989 stała się częścią świata, gdzie panuje zasada rozdziału Kościoła od państwa, gwarantująca zarówno społeczny pokój, jak i wolność jednostki w kwestiach wyznaniowych. Zachowanie minister Kopacz w sprawie dziewczynki z Lublina tylko to potwierdza”. Michalski oczywiście nie odróżnia rozdziału Kościoła od państwa od oddzielenia poglądów katolika od jego życia publicznego, które jest niezgodne z istotą wiary. Jednak jeszcze cztery lata temu jego poglądy na miejsce poglądów katolickich w przestrzeni publicznej jakoś wpasowywały się w uświęcony nawet przez wielu hierarchów kościelnych „kompromis”, który najlepiej jest widoczny przy problemie aborcji. Jednak od tego czasu publicysta coraz bardziej odpływał w swojej koślawej teologii i ciągłym relatywizowaniu grzechu. Gdy Jan Pospieszalski powiedział oczywistą oczywistość, że homoseksualiści „opacznie pojmują rolę kiszki stolcowej w organizmie mężczyzny”, Michalski wpadł w typową dziś dla siebie histerię. „Pospieszalski zdziczał, a religia mu w tym zdziczeniu pomogła, podczas gdy powinna przeszkodzić. Katolicyzm powinien utrudniać krzywdzenie innych ludzi, ale kiedy występuje pod postacią ideologii, tylko krzywdzenie innych ułatwia” – grzmiał, nie przyjmując do wiadomości, że odbyt naprawdę nie służy do wsadzania w niego penisa i z powodu tej dewiacji geje cierpią na poważne choroby częściej niż heteroseksualiści. Jednak dla Michalskiego słowa Pospieszalskiego były wyrazem (a jakże by inaczej!) jego pogardy dla słabszych. Na podstawie tego, że w jakimś sondażu podano, iż większość gejów w Polsce popiera PO, Michalskiemu wyszło, że nie chcą oni „rewolucji, wystarczą im zwyczajne liberalne swobody” (sic!). Dlatego Michalski pisze: „W tej sytuacji to nie homoseksualiści są największym problemem, zaczyna nim być zdziczenie Pospieszalskiego i Cejrowskiego, poprzez które dowodzą oni, że to jednak Biedroń ma rację. Bo skoro niektórzy ludzie zdziczeli, to może trzeba ich cywilizować przy użyciu prawa”. Tekst ten powstał prawie trzy lata temu. Od tego czasu Michalski przeszedł od zachęcania do prawnego sankcjonowania liberalnych swobód, do ich czynnego propagowania. Niech dowodem na to będzie wyjątkowo smakowity kawałek z „Krytyki Politycznej”: „Globalni konserwatyści przegrali z globalnym gejem Eltonem Johnem, któremu za pieniądze urodziła dziecko zastępcza matka. Mimo że ostatecznie konserwatyści z Eltonem przegrali, konsekwencje ich walki i tak są fatalne. Jakiś czas temu Elton John chciał bowiem adoptować ukraińskie dziecko zarażone AIDS, które mając Eltona za ojca mogłoby przeżyć. Zamiast tego umrze jako sierota («nie oddaliśmy dziecka gejowi, bo Ukraina jest najważniejsza! ») na AIDS w wielkim słowiańskim kraju ożywionym akurat «silną politycznością». Ja byłem wtedy za Eltonem Johnem, podczas gdy dziś idea rodzenia specjalnie dla niego dziecka za kasę przez matkę zastępczą wydaje mi się trochę smętna i dęta. Nie każdy sposób upokarzania konserwatystów jest równie sensowny”. Można by rzecz: miodzio! Piękna demagogia rozemocjonowanego salonowego lewicowca. Jednak ten fragment to tylko preludium do ciekawostek, jakie ma nam do przekazania nowy nabytek Sierakowskiego.
Były konserwatysta w Nowym Wspaniałym Świecie

Na portalu „Krytyki Politycznej” Cezary Michalski w końcu rozwinął skrzydła. I robi to z zapałem satyra widzącego rozebraną Evę Mendes. „«Krytyka Polityczna» wykonuje taką właśnie pracę: spychania ze zbocza i podpalania zmurszałego karawanu polskiej polityki, nawet jeśli na razie karawan przesunął się o milimetr, a zapałki przytykane do zmurszałego drewna szybko gasną pozostawiając po sobie nieznaczne smugi. Przelatując po nagłówkach portalu KP widzę codziennie, zamiast Smoleńska, zwierzenia politycznych matek (Agnieszka Graff), politycznych wychowawczyń szkolnych (Kaja Malanowska), teksty o ekologii, płacy minimalnej, teorii i praktyce teatru…” - pisze w marzycielskim tonie bohater tego tekstu.
Oczywiście na celowniku Michalskiego w nowym miejscu swojej medialnej egzystencji znalazł się nie tylko sushi-mesjanizm, Kaczor i prawicowi dziennikarze, którzy nie rozumieją, że „Kaczyński pasma Ziemkiewicza w telewizji i radiu publicznym chrzani, chrzani też karierę menedżerską Pawła Lisickiego”, ale oczywiście też Kościół katolicki i palikotowi „brzuchaci hierarchowie”. I tak w jednym ze swoich tekstów Pawełek, który nawrócił się na nową modną religię i stał się Szawełkiem, napisał: „Gowin przesuwa «prawą Polskę» (wedle Krasnodębskiego, Wildsteina, Pospieszalskiego… cierpiącą w okowach «lewactwa», wedle mojej diagnozy panującą z grubsza wszędzie, nad wszystkim, w paru swoich podstawowych odmianach: od partyzanta Pospieszalskiego po minister Radziszewską) jeszcze bardziej na prawo. Gowin wolał regulację prawną in vitro od panującego zdziczenia (zresztą zdziczenia dostępnego tylko dla bogatych) zaklajstrowanego przez Kościół i państwo. I słusznie, że wolał. Ale od razu po natknięciu się na ścianę biskupów (w stałych fragmentach gry, a w Polsce zawsze są stałe, skuteczniejszą niż mur Hiszpanów w znanym meczu z Niemcami), którzy swoją biopolitykę traktują poważniej - jako najnowocześniejsze, importowane prosto z USA narzędzie świeckiej dominacji – niż nauczanie jakiejś tam zapyziałej Ewangelii sprzed 2 tys. lat, Gowin zaczął się zmieniać. Ukonserwatywnił swoją propozycję tak, że w końcu znowu może się okazać, iż - jak to zwykle w Polsce - lepsze jest to nasze codzienne mięciutkie bezprawie, na które przymykają oczy Kościół i państwo, niż prawo, bo każde prawo uchwalone w tym kraju będzie musiało – wynika to z prostego rachunku sił politycznych – być opresywne wedle zinterpretowanych ideologicznie religijnych kryteriów”.
Michalski więc uliberalnił zupełnie swoją pozycję czmychając z pozycji centrowego i postępowego obrońcy konserwatyzmu na dyżurnego „felietonistę od czarnych” w modnym na salonach lewicowym medium, gdzie ubolewa nad przejściem, kiedyś fajnego, otwartego, Gowina na „ciemną stronę mocy”.
Bardzo oryginalna jest również jego opinia na temat znienawidzonego przez postępowców pomnika Chrystusa w Świebodzinie. „Bardzo jestem ciekaw, jak prawicowi obrońcy Kolosa ze Świebodzina nazwaliby Chrystusa, gdyby jeszcze raz (albo po raz pierwszy) przeczytali Ewangelię, gdyby trafili tam na osiem błogosławieństw albo na fragment opowiadający, jak Chrystus wypędza z przedsionka świątyni ludzi kupczących magią i odpustami? A właściwie wiem, jakby go nazwali. Uznaliby Chrystysa za «żydowskiego bolszewika»”. Michalski sugeruje zresztą, że wielu prawicowych polityków i dziennikarzy wcale w Boga nie wierzy. „Oni są pogańscy, a krzyża chcą używać wyłącznie do zarządzania polskim tłumem z wysokości i na sposób hellenistycznych mędrców” - zauważa. Oczywiście w przypadku niektórych polityków „prawicowych” mógłbym się z nim zgodzić. W końcu tajemnicą poliszynela jest stosunek do katolicyzmu wielu polityków PiS-u, co udowodnili podczas głosownia w sprawie uratowania od śmierci nienarodzonych dzieci, które są niepełnosprawne albo mają ojca gwałciciela. Jednak w dalszej części tekstu Michalski jedzie „po swojemu”, sugerując, że „Lisicki, Ziemkiewicz, Wildstein, Cichocki, Karłowicz, Wawrzyniec Rymkiewicz, Krasnodębski, Legutko są oportunistami”. Michalski oczywiście nie zajmuje się tylko biskupami i prawicowymi dziennikarzami. Cezary Michalski to również wybitny teolog.
„Z kolei zdaniem paru biskupów anglikańskich, którzy właśnie poszli («wrócili», cyt. za neosarmackimi prorynkowymi ortodoksami) do Kościoła katolickiego, bo za abominację uważają wyświęcanie kobiet na biskupów, Chrystus nauczał, żeby kobiety nie mogły zostać kapłankami… z takim przesłaniem do nas przyszedł i za to poniósł męczeństwo. Problem w tym, że Marta, Maria Magdalena, a nawet Maria (chociaż swoją matkę, jak wszyscy chłopcy z problemami, Chrystus obdarzał emocjami mocno ambiwalentnymi: «Co Mnie i Tobie niewiasto», cyt. za Jan 2,4, a także «Która jest matka moja i kto bracia moi?» cyt. za Mt. 12,46, choć w tym drugim wypadku chodziło o wysoce nieortodoksyjny stosunek Chrystusa do całej idei «rodziny na swoim») są postaciami barwniejszymi od opisanych w Ewangeliach samców alfa, którzy korzystając z przedwczesnej śmierci Mistrza i jego jednak nie-powrotu, nie-drugiego przyjścia, zmonopolizowali skwapliwie apostolskie funkcje reprodukując w paru ważnych kwestiach rzymski porządek, z którym mieli walczyć. Skwapliwie kamieniując też kolejne Marie Magdaleny pod przedłużającą się nieobecność Mistrza” - czytamy u nowego proroka „nowej lewicy”. Trudno o lepszy przykład dziecinnego wypaczenia Ewangelii i żałosnej żonglerki cytatami, które mają uwiarygodniać wiedzę teologiczną autora. Jednak pasuje ona do wizerunku nawróconego na „pomoc wykluczonym” kaznodziei, który na niszowym portalu czytanym przez warszawkę i krakówek stara się zmyć z siebie grzech wieloletniego taplania się w prawicowym łajnie.
Mógłbym przytaczać jeszcze wiele fragmentów tekstów Michalskiego, które pokazują jego dzisiejszą wiarę w „postęp”, opacznie rozumiany liberalizm i powiew hedonistycznej wolności w opanowanym przez dwie (sic!) prawicowe partie kraju. Myślę jednak, że nie ma sensu tego robić. Każdy może sobie wejść na portal „Krytyki Politycznej” i przekonać się, jak wygląda nowa (lepsza, bo bardziej postępowa) twarz byłego konserwatysty z „Dziennika”.
Cezary Michalski przekonuje, że zawsze staje po stronie kopanej mniejszości. I to tak naprawdę daje pewną nadzieję dla niego na przyszłość. Coraz częściej bowiem hierarchowie jak i katoliccy publicyści stawiają tezę, że Kościół katolicki może zejść ponownie do katakumb, by tam się odrodzić. Już dziś chrześcijaństwo jest najbardziej prześladowaną religią na świecie. I nie chodzi „tylko” o obcinanie głów wyznawcom Chrystusa w niektórych krajach arabskich, ale również o zdejmowanie „krzyżowanych kijków z wiszącym trupkiem” z miejsc publicznych w Europie czy w USA. Może więc gdy będziemy w katakumbach, stając się mniejszością, Cezary Michalski ponownie stanie w jednym szeregu z wymienianymi przez siebie w co drugim tekście publicystami. Znając jego neoficką gorliwość ma nawet szansę stać się drugim… a zresztą może go nie zachęcajmy, bo doświadczymy prawdziwego „Powrotu człowieka bez właściwości”.
Łukasz Adamski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

