Problem w tym, że w Europie nie ma żadnej jedności. Każdy kto sądzi, że Unia Europejska to wielka wspólnota jest albo naiwniakiem, albo pięknoduchem, albo po prostu kretynem. W tej wielkiej Unii, superpaństwie, które w zamierzeniu miało być konkurencją dla USA i reszty świata każdy myśli we własnym języku. Francuz po francusku, Niemiec po niemiecku, Grek po grecku a Hiszpan po hiszpańsku. Tylko Polak myśli po europejsku, co racji braku czegoś takiego jak język europejski jest skrajnym idiotyzmem. W efekcie ów Polak myśli raz po niemiecku, potem po angielsku, po francusku, i tak dalej, i w ten deseń, w zależności od tego kto akurat go po pleckach poklepie i powie „grzeczny piesek”. Widać to doskonale na przykładzie Donalda Tuska, który przywożąc z Brukseli pakiet klimatyczny, uderzający bezpośrednio w nasz kraj, odtrąbił wielki sukces i cieszył się jak dziecko bo prezydent Francji uścisnął mu rękę a kanclerz Niemiec obdarzyła uśmiechem. Premier kraju, który ma największe złoża węgla w Europie, i którego cały niemal przemysł energetyczny na tymże węglu stoi położył go jednym podpisem. Bo zamiast myśleć po polsku myślał po europejsku. Podobne sprawy można by mnożyć bez końca, wystarczy przypomnieć ratyfikację Traktatu Lizbońskiego przez ś.p. Prezydenta Kaczyńskiego, czy nieszczęsne ACTA zatrzymane dopiero przez tłumy na ulicach zabierające się już do palenia komitetów.
Niepolskie myślenie to tragedia naszej ojczyzny, tragedia nie dziś wymyślona i nie przez jedną opcje polityczną zawiniona. Praktycznie każdy Polak, który wlazł na europejskie salony tym myśleniem się zarażał wiedziony usilnym przekonaniem, że tylko w ten sposób wyrwie się z zaścianka i dołączy do elit, przestanie być wsiokiem ze słomą w butach i nagle zostanie człowiekiem światowym, pozbawionym ograniczeń. Kompleks zaścianka, ta właśnie choroba dręczy nasz nieszczęsny naród. Opisywał to Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”, opisywało wielu przed nim i po nim. Chłoniemy cudzoziemszczyznę jak gąbka ocet nie zastanawiając się nawet dlaczego, po co, co zyskamy a co stracimy. Tylko nieliczni, jak choćby Roman Dmowski czy Ignacy Paderewski byli na to uodpornieni, ale oni znali wartość swoją, i wartość bycia Polakiem. Większość z nas, niestety, tej wartości nie zna a wielu nie miałoby nic przeciwko temu, gdyby z dnia na dzień mogli stać się Niemcami, Francuzami, Brytyjczykami. A gdy już taki transfer im się uda to nadal będą myśleć po europejsku, bo nadal będą czuć się gorsi. Kompleks zaścianka jest nieuleczalny.
Nie da się zbudować silnej i bogatej Polski bez polskiego myślenia, bez stawiania polskich interesów na pierwszym miejscu nawet, jeżeli miałoby to oznaczać straty i kłopoty naszych unijnych „partnerów”. Dobry przywódca to taki, który dba o dobro własnego narodu nie oglądając się na koszty ponoszone przez sąsiadów. Wiedział to Bismarck, wiedziała Katarzyna Wielka. My też kiedyś wiedzieliśmy, ale niestety pamięć zaczęła nam szwankować i dlatego właśnie na sto z górą lat zniknęliśmy jako kraj z mapy świata. Jeżeli dziś sobie tego nie przypomnimy, jeżeli z europejskich fircyków salonowych nie przenicujemy się z powrotem w wąsatych sarmatów, to następne pokolenia Rzeczpospolitą Polską będą znały jedynie z podręczników historii, o ile oczywiście informacja o istnieniu w ciemnych wiekach przedunijnych takich tworów jak państwa narodowe nie zostanie ocenzurowana przez jakiś urząd do spraw walki z ksenofobią. Łyknijmy więc szybko lecytynę i przypomnijmy sobie jak to jest myśleć po polsku. Zanim będzie za późno.
Alexander Degrejt
