Jednym z podstawowych instrumentów okupanta pozwalającym mu niepodzielnie panować nad masami ludzi jest drenaż ekonomiczny. Wysokie podatki, opłaty skarbowe, narzuty, przymusowe ubezpieczenia – to wszystko powoduje postępującą pauperyzację społeczeństwa i wzrastającą nad nim kontrolę. Obywatel nie jest w stanie niczego załatwić bez przedstawienia kilkunastu kwitów, zaświadczeń, potwierdzeń. Każde niemal działanie wymaga zużycia tony papieru i wydania setek (a w skrajnych przypadkach tysięcy) złotych na wszelkiego rodzaju opłaty manipulacyjne i inne. A wszystko to po to by w maksymalnym stopniu uzależnić poddanych od władzy, całkowicie obcej władzy, która dba o obce, niekiedy nawet wrogie Rzeczypospolitej, interesy. Przykładem niech będzie wynegocjowana z „Gazpromem” cena importowanego z Rosji gazu ziemnego – najwyższa w Europie. Jeżeli to jest działanie na korzyść obywateli i własnego kraju to – przyznam się bez bicia – kompletnie nie rozumiem jak zostało zdefiniowane słowo „korzyść”...

 

Polski przedsiębiorca usiłując przetrwać na rynku musi zmagać się nie tylko z konkurencją – przede wszystkim musi walczyć z biurokratycznym aparatem państwa, które zamiast go wspierać usiłuje utrudnić mu egzystencję wszelkimi możliwymi metodami. Przykład pierwszy z brzegu – podatek od niezapłaconych faktur: nie dość, że przedsiębiorca poniósł stratę nie otrzymawszy zapłaty za uczciwie wykonaną pracę to jeszcze państwo bije go po łbie i karze za cudzą nieuczciwość zmuszając do zapłacenia fizycznymi pieniędzmi za te, które widział tylko na papierze. Bóg jeden wie ilu uczciwych ludzi, którzy chcieli coś robić, którzy starali się własną pracą zmieniać rzeczywistość skończyło przez takie działania urzędników skarbowych na garnuszku opieki społecznej. Całkiem niedawno mogliśmy obserwować walkę podwykonawców budujących Stadion Narodowy i autostrady z urzędniczą hydrą, która usiłowała zrobić z nich żebraków i... przestępców. Tak, przestępców, bo niezapłacenie naliczonego podatku VAT automatycznie stawia takiego biznesmena po tej niewłaściwej stronie prawa i grozi sankcją karną. A wszystko to zapewne po to by żyło się lepiej. Pytanie tylko: komu?

 

System biurokratycznej kontroli dotyka również przeciętnego obywatela. Wystarczy, że zapragnie on nabyć na własność na przykład kawałek gruntu lub inną nieruchomość, na przykład mieszkanie. Wydawałoby się, że akt kupna sprzedaży jest czymś najprostszym na świecie. Czy kupuję bułkę za 50 groszy czy mieszkanie za 5000 tysięcy albo kawał ziemi za milion złotych dokonuje się to samo- ktoś oferuje jakieś dobro do zbycia, zainteresowany po rozważeniu czy chce za proponowana cenę nabyć dobro czy nie podejmuje decyzję, następuje sam akt kupna-sprzedaży, kropka. No, państwo też coś z tego chce mieć, a więc osoba, która osiągnęła zysk płaci od tego zysku podatek. Podatek naszym zdaniem niesprawiedliwy i zniechęcający do działalności gospodarczej, ale zostawmy to w tym miejscu. Okazuje się jednak, że to nie jest takie proste- po pierwsze, trzeba się nieźle nachodzić, żeby załatwić wszystkie formalności potrzebne do sporządzenia aktu notarialnego przy okazji nabycia nieruchomości. Po drugie spory podatek (2% wartość) płaci KUPUJĄCY. Tylko dlatego, że kupił mieszkanie. Toż to zwyczajny haracz, nic innego. Po dodaniu kosztów różnego rodzaju papierków, opłat skarbowcy i innych wychodzi całkiem spora suma. Na dokładkę może się okazać, że szczęśliwy nabywca nie może zrobić ze swoją własności co mu się żywnie podoba. Do tej pory na przykład w prawie utrzymały się takie absurdy, jak prawo do spółdzielczego mieszkania własnościowego- co w istocie oznacza prawo do powietrza między ścianami, które już do właściciela nie należą. Kiedy nabywa się grunt, trzeba dokładnie wiedzieć, na co urzędnicy go przeznaczyli- problemy z tym związane rozumie każdy, kto usiłował załatwić na przykład odrolnienie działki… Można by też niejedno napisać o złej woli i głupocie przy interpretowaniu przepisów o tzw. samowoli budowlanej co oznacza, że ten, kto bez błogosławieństwa urzędnika chce na przykład dobudować sobie do swojego domku dwa pokoje może zmarnować mnóstwo wysiłku i stracić cały dom zajęty na poczet nałożonych gigantycznych kar.

 

Innym przejawem zawłaszczania przez państwo wolności i praw obywateli jest system opieki zdrowotnej – system, w którym obywatel jest zmuszany do wykupienia ubezpieczenia u jedynie słusznego ubezpieczyciela. W dodatku ubezpieczyciel ten zamiast za wyłudzone pieniądze zapewnić obywatelowi uczciwą usługę nie oferuje mu tak naprawdę niczego – chyba, że wielomiesięczne kolejki do specjalisty czy brak refundacji podstawowych leków uznamy za standard, na którym powinni wzorować się wszyscy polscy usługodawcy. Zadziwiające jest, że do tej pory nikt nie stworzył statystyk opisujących ilu ludzi rozstało się z tym światem czy postradało zdrowie tylko dlatego, że nie trafili do odpowiedniego lekarza na czas czy też z powodu braku diagnozy, której lekarz nie wydał bo pacjent zwyczajnie nie dożył wymaganych badań. Z całą mocą mogę powiedzieć, że polski system opieki zdrowotnej oparty na NFZ-cie to machina wyniszczająca naród, machina, której celem jest wyciągnięcie z ludzi pieniędzy – samo leczenie jest tylko przykrym, acz koniecznym dodatkiem, siatką maskującą prawdziwy cel przedsięwzięcia. Gdyby faktycznie ochrona zdrowia była priorytetem dla władzy to już dawno zlikwidowane by zostały kontrakty, jakie lekarze są zmuszeni podpisywać z państwowym ubezpieczycielem a pieniądze szły by tak jak Pan Bóg przykazał – za pacjentem, byłyby zapłatą za wykonaną usługę a nie przedpłatą jak to ma miejsce dzisiaj.

 

Ubezpieczenia to nie tylko NFZ ale też (a właściwie przede wszystkim) ZUS – kolejny haracz zdzierany przez państwo, które w zamian nie oferuje tak naprawdę nic, bo głodowej emerytury nie można raczej nazwać „zabezpieczeniem na starość”. Składka na ubezpieczenie społeczne to pieniądze de facto ukradzione, pieniądze, które wolny obywatel mógłby przepić, zainwestować albo odłożyć na czarną godzinę i to byłaby jego suwerenna decyzja. W Polsce – jak i w całym „cywilizowanym” świecie pieniądze te są kradzione przez państwo urzędnicze uzależniające od siebie człowieka, który całe życie uczciwie pracował na swoje utrzymanie. Emeryt jest niewolnikiem, który ma siedzieć cicho i się nie wychylać bo pan i władca może mu w każdej chwili odebrać michę cienkiej zupki. Zupki, która – gdyby dokładnie policzyć wszystkie składki odprowadzone w przeciągu całego życia – okazuje się być droższa niż wykwintna kolacja w najdroższej restauracji.

 

Troska państwa o zdrowie obywateli ma się przejawiać również w nakładaniu obowiązku kolejnych szczepień czy przymuszaniu do szczepień w razie możliwości epidemii. Teoretycznie działalność godna najwyższego uznania, tylko, że… wcale nie służy ona zdrowiu obywateli, a interesom koncernów sprzedających masowo naiwnym bądź przymuszonym ludziom kolejne niedopracowane preparaty na choroby owszem, czasami niebezpieczne ale rzadkie albo w sytuacji, gdy epidemię dopiero się przewiduje. Preparaty te są nieraz bardziej szkodliwe od samej choroby, na którą zostały opracowane, o czym boleśnie przekonały się ofiary bezmyślnych akcji szczepień bądź ich zbolałe z powodu utraty bliskich rodziny. Ale to nikogo nie obchodzi.

 

Kolejnym przykładem zniewolenia obywateli przez państwo jest zakaz posiadania broni. Obywatele Rzeczypospolitej są stadem bezbronnych owiec, które nie mogą nawet myśleć o skutecznym oporze wobec atakujących je wilków i muszą całą nadzieję pokładać w pasterskich owczarkach. Problem w tym, że te owczarki nie bronią owiec ale własności pasterza, któremu służą – bezpieczeństwo owiec nie ma dla nich tak naprawdę żadnego znaczenia, liczy się tylko i wyłącznie bezpieczeństwo pasterza. I owczarków. Łatwo sobie wyobrazić, że owce – kiedy już poradzą sobie z wilkami – zaprotestują przeciwko strzyżeniu, pogonią strażników i ruszą w swoją stronę, na hale gdzie trawa smakuje lepiej, gdzie nie ma płotów i gdzie będą prawdziwie wolne. Bo zakaz posiadania broni wcale nie ma na celu ochrony obywateli, którzy – co usiłuje im się wmówić – niechybnie i bezzwłocznie wystrzelali by się wzajemnie. Zakaz ten ma chronić władzę, która zdaje sobie doskonale sprawę, że jest wrogiem uczciwych ludzi. A ludzie mając broń, mogliby skutecznie z wrogiem walczyć...

 

Tomy można pisać o ograniczeniu prawa rodziców do wychowania i edukowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Po pierwsze czy rodzice chcą czy nie, czy młody człowiek chce czy nie, do osiemnastego roku życia ma obowiązek  nauki. PO drugie nauka ta przebiega wedle z góry narzuconych jednolitych programów. które, wbrew szumnym deklaracjom odnośnego ministerstwa, nie indywidualizują, nie zwracają uwagi na potrzeby jednostki czy gospodarki. Napisane wedle wydumanych przez urzędników zasad wtłaczają obywatela od najmłodszych w ciasne ramki urzędniczego widzimisię. Oczywiście jest możliwość nauczania domowego… Jest, ale to droga przez mękę prowadząca tak czy inaczej do egzaminów eksternistycznych zdawanych wedle… oficjalnych programów… Kto za ten system płaci? Oczywiście rodzice w podatkach. Teoretycznie pieniądze powinny iść za uczniem i wymuszać konkurencyjność szkoły. Teoretycznie rodzice mają prawo mieć wpływ na szkołę i jej funkcjonowanie. Teoretycznie…

 

Nasza konstytucja gwarantuje szereg praw i wolności obywatelskich. Rozdział zawierający artykuły gwarantujące rzeczone prawa jest najobszerniejszy ze wszystkich składających się na ustawę zasadniczą. W praktyce władze robią wszystko, żeby obywatelowi utrudnić korzystanie z tych praw. Jak to robią? Bardzo prosto. Wykonanie prawa zawartego w konstytucji biegnie na podstawie ustaw i innych aktów wykonawczych,. W nich to zawarte są warunki, które uniemożliwiają w praktyce korzystanie w pełni z praw obywatelskich. Weźmy na przykład prawo do skargi konstytucyjnej. Na podstawie zawartego w ustawie zasadniczej przepisu każdy obywatel, wobec którego został wydany wyrok lub podjęta decyzja administracyjna może zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego podstawę prawną tego wyroku czy decyzji, jeżeli uważa ją za sprzeczna z konstytucją. Wydaje się, że nic prostszego. Oczywiście nie jest tak pięknie, gdyż przepisy wykonawcze nakładają tyle warunków niemożliwych prawie do spełnienia, że wniesienie tej skargi jest niezwykle trudne. Czy owe akty wykonawcze są zgodne z konstytucją? Nawet, jeżeli nie, to i tak nie można ich zaskarżyć, bo trudno spełnić warunki wniesienia skargi w nich zawarte. Przykłady podobnych absurdów można by mnożyć…

 

Ograniczanie wolności na każdym możliwym poziomie to „przywilej” władzy okupacyjnej, które boi się ludzi więc chce ich poddać ścisłej kontroli. Zadziwiające jest tylko to, że wolność ograniczana jest nie przez dyktatorów czy satrapów ale przez polityków, którzy na sztandarach wypisali sobie „demokratyczne standardy”, którzy mają pełne gęby frazesów a „Kartę Praw Podstawowych” cytują niczym wędrowny kaznodzieja Biblię. Refleksję powinien też wzbudzić fakt, że dawnej Europy, który na wybór władzy nie miał żadnego wpływu po zapłaceniu podatków (wcale nie wysokich!) mógł robić na co tylko miał ochotę, nie był w (prawie) żadnym stopniu ograniczany. Obywatele współczesnego, „wolnego” świata, na każdym kroku poddawani kontroli, mogą jedynie zazdrościć swoim przodkom i gorzko zapłakać – w końcu sami sobie okupanta wybrali zwabieni niczym muchy na lep słodkich i okrągłych słówek...

 

Monika Nowak & Alexander Degrejt