Tego rodzaju incydenty jak profanacja w Jedwabnem są owocem naszej pobłażliwości. Jeżeli w ogóle łapie się kogokolwiek za malowanie antysemickich napisów, to sprawcy karani są niezwykle łagodnie. Kilka lat temu pomalowano w swastyki i obraźliwe hasła synagogę Reicherów w Łodzi (jedyną, która przetrwała wojnę). Złapano trójkę smarkaczy, którzy na komendzie policji twierdzili, że nie wiedzieli właściwie co robią, a rodzice zaświadczali, że dzieci są grzeczne, tylko coś im odbiło. Ciekawe w całej sprawie było to, że dzieci do całej akcji były „profesjonalnie” przygotowane: np. zrobiły sobie wcześniej szablony gwiazd Dawida na szubienicy. Oczywiście owe dzieci z całej afery wyszły bez szwanku; ustanowiono nad nimi dozór kuratora i sprawa rozeszła się po kościach. Gdyby rodziców obciążyć kosztami odmalowania świątyni, mniej byłoby tego zuchwalstwa ze strony i zwykłych wandali i podwórkowych antysemitów. Ale to ogólny problem pobłażliwości polskiego prawa.

 

Złodzieje, którzy gwizdnęli napis „Arbeit Macht Frei” znad bramy muzeum oświęcimskiego usłyszeli wyjątkowo wysokie wyroki jak na polskie realia: 1,5 do 2,5 roku więzienia. Doliniarze z Auschwitz mieli pecha, bo za kradzież przedmiotów o wyjątkowej wartości dla kultury kary są wyższe. No i afera poszła w świat, wiec sędziowie nie mogli machnąć ręką i wlepić sześć miesięcy „w zawiasach” na odczepnego. W końcu będziemy zbierać owoce własnej pobłażliwości – powiedział po sprawie kradzieży napisu Piotr Cywiński, dyrektor oświęcimskiego muzeum. Trudno dzisiaj nie przyznać mu racji. 

 

W Polsce narzekamy na poprawność polityczną, a ciągle pozwalamy na zbyt wiele w kwestii obrażania naszych starszych braci. Trzy lata temu wiceprezes ŁKS-u Krzysztof Papis powiedział w rozmowie z kibicami klubu, że „Żydom da 1700 biletów, zamiast 3000”. Chodziło mu, oczy­wiście, o zarząd RTS Widzew. Hubert Rogoziński, jeden z członków zarządu łódzkiej gminy żydowskiej, dość dowcipnie zareagował, bo zażądał, by wydał mu te bilety, skoro są przeznaczone dla „Żydów”. Problem w tym, że nawet członkowie nielicznej w Polsce mniejszości żydowskiej oswoili się z tym chamstwem na tyle, że nie reagują. Symcha Keller, chasyd, charyzmatyczny rabin Łodzi opowiadał mi anegdotę o tym jak niegdyś oprowadzając grupę młodzieży z Izraela natknął się na brygadę kibiców ŁKS-u. Na co dzień dziarscy chłopcy wyzywający kogo popadnie od Żydów, krzyknęli przyjacielsko: „Salam alejkum” i poszli sobie. Historia miałaby świadczyć o tym, że niechęć do Żydów jest w Polsce płytka i powierzchowna.

 

Do pobłażliwców należą ludzie z prawa i z lewa i trudno za tę atmosferę winić jakąkolwiek opcję polityczną. Ale dla prawicy ukrócenie antysemickich wybryków powinno być wyjątkowo ważnym zadaniem. No bo jak dyskutować z Grossem i z innymi niechętnymi Polsce historykami, jak w mieście pełno napisów „Jude raus”? A do niedawna tak wyglądały ulice Łodzi. Pobłażliwcy twierdzą, że trzeba tylko akcji edukacyjnej i już się wiele poprawi. Nie mam nic przeciwko edukacji, ale kary za takie ekscesy muszą być bardziej dotkliwe. Po ostatnich sukcesach izraelskich piłkarzy (w Legii, Wiśle Kraków, wczoraj swojego napastnika z tego kraju zakupiła Cracovia) pisano pół żartem pół serio, że dzięki nim skończą się ekscesy antysemickie. Akurat. Problem w tym, że wielu tych dresiarzy, którzy malują po murach nie widzi związku pomiędzy Żydami a Izraelem. Trudno zresztą w tym także dopatrzyć się okoliczności łagodzącej.  

Rafał Geremek