Jeden z urzędników warszawskiego ratusza szukał ostatnio przyczyn złodziejskich prywatyzacji w Warszawie. Doszedł do wniosku, że mają swoje źródło w naturalnym do pewnego stopnia dla wielkiej korporacji, wewnętrznym bałaganie, gdzie prezesi nie zawsze wiedzą o rozsypanych tu i tam, niedbale, śrubkach. Gdy do ogromnej korporacji porównamy pookrągłostołową Polskę, zauważymy, że co jakiś czas podlegają wymianie zużywający się systematycznie zarządzający. Jednak stałym elementem krajobrazu są porozrzucane z pozoru bezładnie, tu i ówdzie, prawne, funkcjonalne i instytucjonalne bezpieczniki. To właśnie te bezpieczniki i ich pozornie przypadkowe rozmieszczenie miały zapewnić komunistycznym elitom bezproblemowe i bezkarne odnalezienie się w nowej rzeczywistości.
Do 2015 roku system funkcjonował bez zarzutu, z krótkimi przerwami w 1992 i 2005-2007. Nawet w tych krótkich momentach przesilenia, próbujący coś zmienić politycy, co chwila potykali się o coraz to inny bezpiecznik, a to w postaci rozdrobnionego odpowiednią ordynacją wyborczą parlamentu, a to Trybunału Konstytucyjnego, który od samego początku stał na straży nowego systemu, a to sądów, nowej konstytucji, regulacji Unii Europejskiej, czy wreszcie dostępu do zasobów w postaci kapitału, dużych mediów, służb specjalnych, wszędobylskiej agentury, czy wreszcie do osoby samego prezydenta. Zasadzek, przeszkód, formalno-prawnych niespodzianek rozlokowano tak wiele i na tak różnych poziomach, że większość niezłomnych, politycznych rewolucjonistów szybko traciła zapał, i w większości pokornie przyłączała się do postkomunistycznych zwycięzców demokratycznych przemian. Tym bardziej, że tam czekała ich nagroda w postaci społecznych przywilejów i finansowych fruktów.
Tak wyglądała droga kariery znacznej grupy solidarnościowych i niepodległościowych działaczy, którzy w pewnym momencie swojej politycznej aktywności dochodzili do rozumu i wniosku, że muszą w końcu stanąć po odpowiedniej stronie grubej kreski.
Komuniści, pomimo wielu zastrzeżeń, byli doświadczonymi fachowcami w dziedzinie funkcjonowania państwa. Rządzili niemal 40 milionowym krajem przez kilkadziesiąt lat, czerpali know-how nie tylko z własnych doświadczeń, aktywności biur analiz i służb specjalnych, czy innych demoludów ale też od połowy lat 80-tych przeprowadzili szereg narad i konsultacji, związanych z ustrojową transformacją z politykami, ekonomistami i przedsiębiorcami krajów zachodnich. Do legendy przeszło już spotkanie generała Jaruzelskiego z Davidem Rockefellerem z września 1985 roku. Z pewnością panowie nie rozmawiali tylko i wyłącznie o krajobrazie i pogodzie, tak jak premier Tusk z premierem Putinem na sopockim molo 25 lat później.
Rok 2015 miał być absolutnym przełomem. Podwójnie wygrane wybory przez Zjednoczą Prawicę, samodzielna większość w Sejmie, jakiej nie udało się uzyskać dotychczas żadnemu ugrupowaniu, przygotowany plan przeorania systemu, rozbrajane miesiąc po miesiącu, jedna po drugiej miny i pułapki. Pomimo wrzasków opozycji, bezprecedensowych, otwartych protestów byłych oficerów służb, nawoływań o pomoc z zagranicy, pomimo niewielkich potknięć, bezpieczniki postkomunizmu były dezaktywowane jeden po drugim przez parlament i rząd, do momentu, w którym największy opór pojawił się w samym obozie "dobrej zmiany".
Analizując działania pana prezydenta Dudy w odniesieniu do ustaw sądowych, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z próbą wykreowania nowego, nieobecnego dotąd w systemie bezpiecznika, w postaci wymogu zebrania w Sejmie większości 3/5, niezbędnej do wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa, czyli ciała, o którego istnieniu jeszcze 3 miesiące temu 90% społeczeństwa nie miało bladego pojęcia. Ostatecznie to sam prezydent ma być osobą, posiadającą decydujący głos w sprawach sądownictwa. W ostatnich dniach zaufany doradca pana prezydenta, pani Zofia Romaszewska sformułowała nietypową konstatację, że PiS nie chce się dzielić władzą, mając na myśli nie tyle samego prezydenta, co obecne partie opozycyjne. To po cóż organizować wybory i próbować je wygrywać, a potem realizować uzgodniony z wyborcami program, skoro można się umówić przy zielonym stoliku, i podzielić się władzą według dosyć mglistych reguł. Może na zasadzie stażu pracy i wysługi lat?
Próba stworzenia mechanizmu, umożliwiającego paraliżowanie prac demokratycznie wybranej większości przez reprezentantów posiadających nadal ogromne interesy, postkomunistycznej mniejszości, jest sprzeczna nawet z tą ułomną i kaleką, obecnie obowiązującą, ustawą zasadniczą.
Dziś rytualnie już niemal, zmianie ulegają dekoracje, aktorzy i sama scena. Tym razem smutny spektakl odgrywany jest na nutę poszanowania zasad wielopartyjności, pluralizmu i ochrony społeczeństwa przed dyktatorskimi zapędami polityków „dobrej zmiany”. Pomimo nowej aranżacji cel tych działań pozostaje ten sam: wykreowanie nowego bezpiecznika, który pozwoli zachować dotychczasowe status quo. Rewolucjoniści w końcu i tak się zmęczą, odpuszczą i ostatecznie przejdą na stronę wroga. Żeby w końcu odpocząć w luksusie.
Paweł Cybula
